Ciemność ogarnęła już całe miasto. Nowy Jork widocznie spał nieświadom tego, że w tym momencie kobieta i dziewczynka uciekają przed śmiercią biegnąc krętymi uliczkami.
Budynki mijane przez nie w pośpiechu wyglądały upiornie w blasku lamp, które przez swoje brudne świetlówki nie dawały rady rozjaśnić im drogi.
Matka dziewczynki była już bardzo zmęczona, ale i tak wzięła dziecko na ramiona. Córka wtuliła się w pierś matki, chowając twarz w jej rudych lokach.
Wiatr smagał ich po bladych twarzach, które zdradzały głębokie przerażenie.
Z oddali słychać było ryki i mrożące krew w żyłach warczenie wygłodniałych bestii, które od dwóch bitych dni szły za ich tropem.
-Bądź dzielna, kochanie.- wysapała matka, czując ciężar swojego sześcioletniego dziecka w ramionach. Dziewczynka zadrżała niekoniecznie z zimna i spojrzała na matkę oczami pełnymi łez.
-Mamo...boję się.- wyszeptała patrząc jej w oczy swoimi- takimi samymi, zielonymi niczym połacie świeżej trawy i równie pełnymi lęku i obaw.
Matka próbując pocieszyć córkę, przytuliła jej wątłe i chude ciałko jeszcze mocniej próbując uśmiechnąć się pokrzepiająco.
-Jesteś odważna Clary. Jesteś Nocną Łowczynią z dumnego rodu Fairchild'ów . Dasz sobie radę, my damy sobie radę.
Gdy przed nimi po woli wyłaniał się z gęstej mgły zarys Instytutu, Jocelyn poczuła ulgę, która uspokajała szargające nią emocje.
Niestety w tym momencie z pobliskiej uliczki wyskoczył demon niemal zagradzając im dalszą drogę.
Stwór zasyczał triumfalnie ciesząc się, że pierwszy dotarł do wyznaczonego celu swoich łowów.
Potwór miał przynajmniej dwa metry długości, a jego ciało wyglądało jakby gniło od wieków w jakiejś zatęchłej norze. Skóra była pokryta pęcherzami, z których buchał odrażający smród i lepki śluz.
Bestia wpatrywała się w swoje ofiary garstką oczu skupionych na głowie rozchylając podwójne szczęki ostrych ociekających jadem zębów.
Jocelyn bardziej zatrwożona obecnością córki niż obawą przed własnym życiem, postawiła dziewczynkę za sobą zasłaniając ją własnym ciałem.
Nie patrząc na córkę tylko mierząc nieugiętym wzrokiem demona syknęła z mocą do dziecka:
-Clary biegnij do Instytutu.
-Nie zostawię cię!- córka zaprzeczyła, ale jej cienki głos wykrzywił strach.
-Clarisso!- warknęła.- Musisz uciekać! Sprowadź pomoc.
Gdy popchnęła ją mocno za siebie niemal przewracając dziewczynka zaczęła się cofać, szukając jakiegoś przejścia.
Wtedy matka wyjęła zza pasa lśniący w mroku sztylet, który wyglądał jakby został zrobiony ze szkła.
Pochyliła się nad nim i wyszeptała
-Za'afiel.- ostrze tak jak rękojeść broni rozświetlił bijący jaskrawy blask.
Zwracając uwagę potwora na sobie dała czas córce aby obeszła bestię i pobiegła po pomoc.
Jednak Clary przerażona widokiem mierzącej się z potworem matki nie posłuchała jej chowając się w cieniu uliczki skąd wyszedł demon.
Jocelyn wprawnie zaczęła dźgać bestię aż po rękojeść sztyletu, który od razu pokrył gęsty i lepki śluz. Niczym nie zrażona nadal atakowała potwora, który właśnie próbował ją zgnieść olbrzymimi mackami, które nagle wyrosły my z tułowia.
Nocna Łowczyni mając tylko tą jedną broń próbowała odcinać macki, ale wciąż pojawiały się nowe. Uniknęła kolejnego ataku podskakując do góry i próbując się wdrapać na plecy demona.
Jednak potwór zaryczał i pacną ją wszystkimi mackami.
Clary krzyknęła widząc jak matka upada w kałuży całkiem nieruchoma. Sztylet, który wcześniej kobieta wbiła w tył głowy demona sczerniał rozsypując się po chwili w proch.
Clary stała trzymając się kurczowo ściany budynku, za którym się chowała patrzyła bezradnie jak stwor sunię po chodniku niczym ślimak do jej nieprzytomnej matki.
Nagle dziewczynka poczuła przejmujący ją nieopisany gniew. Z ataku furii, który w niej rozgorzał wyciągnęła z ukrytej kieszeni w kurtce swoją stele.
Był to jej pierwszy dar na znak, że jest Nocną Łowczynią. Ściskając ją w dłoni sięgnęła ręką do leżący przy śmietniku długi pręt.
Nie miała broni Nefilim, bo każda została zniszczona przez potwory, z którymi stoczyła walkę jej matka, ale mogła ją stworzyć.
Przyłożyła czubek narzędzia do pręta zaczęła rysować znak, który normalnie powinien zabarwiać swoje linie na czarno, ale w jej przypadku na złoto.
W czasie rysowania widziała jak stwór podnosi wciąż nieprzytomną matkę swoją macką na wysokość oczu.
Przyśpieszyła powtarzając narysowany symbol, tak że po chwili pręt rozjarzył się jak wcześniej seraficki sztylet jej matki.
-Został ją!- wydarła się histerycznie wybiegając z swej kryjówki.
Potwór przeniósł na nią połowę swoich oczu z rozbawieniem ,a druga wciąż wpatrywała się zwycięsko w nieprzytomną Jocelyn.
Clary czując moc przesyconego anielskimi znakami prętu w dłoniach rzuciła się na bestię.
Demon wydawał się tak zaskoczony widokiem małej dziewczynki chcącej mierzyć się z zbyt mocnym przeciwnikiem, upuścił Nocną Łowczynie na bruk.
Rozległ się krótki, ale rozchodzący się w ciszy nocnej trzask.
Zdruzgotana tym widokiem Clary jeszcze bardziej niż przed chwilą i niesłychaną zaciekłością zaczęła okładać bestię prętem.
Naznaczona znakami broń wbijała się w cielsko demona z głośnym sykiem i zapachem palonego mięsa.
Potwór próbował ją złapać lub zwalić z nóg, ale dziewczynka wykorzystywała swoją małą i lekką budowę ciała i unikała każdego ataku z gracją baletnicy.
Widząc, że długo tak nie pociągnie, a jej matka potrzebuję pomocy zaszła stwora od tyłu i tak jak wcześniej matka wskoczyła mu na plecy.
Szybko wbiegła mu na głowę wykorzystując jeszcze zaskoczonego tym manewrem potwora wbiła mu aż prawie do końca pręt w jedno z kilku oczu.
Pręt wszedł gładko z nieprzyjemnym odgłosem towarzyszącym z jeszcze bardziej donośniejszym rykiem potwora.
Zaczął się zataczać i wtedy Clary zeskoczyła szybko odwracając się szybko aby zobaczyć opadajace bezwładne cielsko demona.
Tak jak zwykle zaczął się zapadać w sobie zmniejszając swoje ciało tak, że po chwili został tylko pył rozniesiony przez porywisty wiatr.
Dziewczynka stała jeszcze w oszołomieniu wpatrując się w puste miejsce po potworze, którego sama zabiła i odesłała z tego świata.
Czuła okropne zmęczenie i zadrapania od kolców z macek demona, ale to był nic w porównaniu z jej matką.
Jocelyn leżała nieruchomo na chodniku z twarzą zasłoniętą przez rude poplątane włosy, które zawsze przykuwały uwagę.
Kiedyś piękne, a teraz splamione gęstą i ciemną krwią sączącą się z rany na głowie, wyglądały jak śmiercionośne i przerażające płomienie.
Clary ze łzami w oczach chwyciła dzielnie matkę zakładając sobie jej rękę przez głowę, zaczęła ciągnąć jej bezwładne ciało w kierunku Instytutu.
Czując ból w całym ciele od demonicznej posoki przygniatana przez ciężar matki wciąż dzielnie niosła ją przez noc.
,,Jesteś odważna Clary. Jesteś Nocną Łowczynią z dumnego rodu Fairchild'ów . Dasz sobie radę, my damy sobie radę.''
Głos matki rozbrzmiewał jej w głowie dając motywację i siłę.
Gdy dotarła do bramy kopnęła ją brutalnie nogą nie mając czasu na otwieranie rękami, które teraz podtrzymywały matkę przed upadkiem.
Wchodząc i ciężko dysząc po schodach zostawiając na nich krwawe ślady dotarła do upragnionych przez jej matkę drzwi Instytutu.
Zaczęła w nie walić czując ciepłe łzy spływające jej po policzkach.
Zniecierpliwiona i coraz bardziej zaniepokojona bladością matki przyłożyła zakrwawioną, zadrapaną i lekko powypalaną od posoki demona dłoń do powierzchni drzwi szepnęła z mocą;
-W imię Anioła, ja jedna z Nefilim proszę o pozwolenie na wejście do świątyni...
Nie skończyła, bo drzwi się uchyliły z głośnym i niemiłym dla uszu skrzypnięciem.
Wciągnęła matkę do środka kładąc jej czerwone od krwi i blade ciało na posadzce i zamykając ciężkie wrota.
Uklękła szybko przy matce czując, że znów lecą jej łzy przesłaniając widok.
Nie wiedziała ile czasu zajmie pozostałym Nocnym Łowcą z Instytutu na dotarcie tutaj. Widziała w oddali windę, która wciąż nieczynna nie wróżyła, że są blisko.
Czując ogarniający ją lęk, wzięła się w garść pamiętając słowa matki.
Wyciągnęła ponownie stelę i przyłożyła ją delikatnie do ramienia Jocelyn.
Rysując podstawowy i tak znany jej pierwszy znak intraze poczuła jeszcze większe przerażenie niż dotychczas.
Czarny jak atrament symbol stworzony z cienkich linii po prostu się wchłoną niczym w gąbkę a także w skórę jej matki.
Próbując kolejny raz i jeszcze kolnej rzuciła stelę w dal czując frustracje i cisnące jej się do oczu świeże łzy.
-Mamo- wyszeptała błagalnie.- Proszę... Nie, nie zostawiaj mnie.
Przyłożyła rękę do szyi matki próbując wyczuć puls, ale poczuła tylko lekkie trzepotanie świadczące, że matka jeszcze żyje.- jeszcze.
-Proszę.- uniosła głowę słysząc szum wydobywający się z uruchomionej windy.
-Zaraz przyjdzie pomoc. Mamo słyszysz, zaraz nam pomogą. Mamo!- nagle oczy matki otworzyły się szybko zaskakując Clary. Wciąż miała przyłożoną dłoń do jej szyi i czułą jak puls wciąż słabnie. Kałuża krwi otoczyła je obie mocząc ich ubrania i zostawiając szkarłatne ślady na białej posadzce.
-Clary...- szepnęła mocnym głosem ,ale nie patrzyła na córkę. Jej intensywny zielony kolor oczu przygasł, a sama wpatrywała się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Clary chwyciła ją za rękę drugą dłonią i pochylając się bardziej nad twarzą matki.
-Mamo. Jestem tu...- głos jej się łamał, ale Jocelyn mówiła wciąż z pewnością i mocą.
-Bądź silna Clary. Musisz być zawsze silna i dzielna. Będziesz największą i najdzielniejszą Nocną Łowczynią w historii. Nie okazuj uczuć i przerażenia, dziecko.- z jej ust trysnęła krew. Matka zamilkła zachłystając się własną krwią i walcząc o powietrze.
-Masz być...dzielna.- znieruchomiała z otwartymi oczami. Clary nie wyczuwała już nic pod przyłożonymi palcami pod szyją matki.
Klatka piersiowa matki się nie poruszała. Krew wciąż plamiła posadzkę otaczając ją powiększającym się szkarłatnym kręgiem.
Clary wpatrywała się w bezruchu w martwą matkę czując się pusta w środku.
-,,Ave atque vale''- żegnaj matko.- zamknęła jej oczy delikatnie muskając jej powieki.
,,Bądź silna Clary. Musisz być zawsze silna i dzielna. Będziesz największą
i najdzielniejszą Nocną Łowczynią w historii. Nie okazuj uczuć i
przerażenia, dziecko.''
,,Masz być...dzielna.''
Słysząc wciąż słowa matki, pohamowała łzy i schowała cały żal i gniew w sercu nie pokazując go światu.
Czuła, że jej serce krwawi, a twarz zastyga w beznamiętnej masce.
Nawet gdy winda się otworzyła i stanęli przed nią zaszokowani Nocni Łowcy pełni litości i współczucia dla małej dziewczynki kucającej przed swoją martwą matką ona podniosłą się i dumnie uniosła brodę.
-Moja matka nie żyję i nie mam nikogo. -kobieta o orlich rysach twarzy i niebieskich współczujących oczach wyciągnęła do niej dłoń.
-Choć dziecko...-zaczęła łagodnie.
-Nie jestem dzieckiem.- weszła jej w słowo. Zaszokowana kobieta spojrzała na mężczyznę, który stał koło niej i miał tak samo kruczoczarne włosy i poważne, harde rysy jak ona.
Koło niech stały także dzieci w wieku Clary lub starsze.
Dwójka- zapewne brat i siostra byli kopiami rodziców. Czarne włosy, dziewczynka z ciemnymi oczami po ojcu, a chłopak z niebieskimi po matce, stali za rodzicami.
Koło nich z boku stał jeszcze jeden chłopak. O anielskiej urodzie, na której widok ścisnęło się serce Clary, ale nie pokazała tego po sobie.
Jego włosy były złote, a oczy tego samego kolory przypominały płynny miód. Stał i spoglądał zaintrygowany, a nie przerażony na Clary, która znów przeniosła wzrok na kobietę.
-Nie jestem dzieckiem. Już nie...- dokończyła.
-Jestem Nocnym Łowcą jak wy i mam prawo do schronienia w tym Instytucie.
-Oczywiście.- zapewnił mężczyzna.
-Kochanie...- zaczęła spokojnie kobieta niezrażona, że Clary skrzywiła się przy słowie kochanie.
-Przyszłyście tutaj szukając schronienia i pomocy?
Clary przytaknęła.
-Po drodze ktoś na was napadł?
-Demon.- odpowiedziała trzymając się słowa danemu matce. Próbowała zachować kamienną twarz i twardo patrzyła tej kobiecie w oczy.
-Zaatakował nas. Moja matka walczyła z nim, każąc mi uciekać, ale ja zostałam. Pokonał ją, a wtedy ja posłałam to bydle do jego plugawego wymiaru.- wszyscy się wzdrygnęli na wyczuwalną nienawiść w jej głosie.
Wiedziała co widzą mała dziewczynkę, która straciła właśnie matkę i sama walczyła z wielkim demonem. -
I wygrała.
Kobieta popatrzyła na mężczyznę, który zapewne był jej mężem i przekazała mu coś bez słowa.
Potem spojrzała na Clary i znów wyciągnęła do niej dłoń.
-Choć dzie... kochanie. Pomożemy ci, ale musisz nam zaufać.
Clary wahając się i co chwila spoglądając na leżące u jej stóp ciało matki, chwyciła po namyśle wyciągniętą dłoń kobiety.
-Nie ufam wam.- powiedziała z mocą.- Ale potrzebuję waszej pomocy.
Mój świat cieni
poniedziałek, 29 czerwca 2015
niedziela, 21 czerwca 2015
Wojna z Gają - Rozdział 1
Nico miał dość, a jego dzisiejszy dzień niewątpliwe zaczął się jeszcze bardziej tragicznie niż zwykle.
Nie pasował do radosnej atmosfery Obozu Herosów, który był bezpiecznym miejscem i ostoją dla wszystkich greckich herosów, którzy nie mogliby normalnie przetrwać w świecie śmiertelników.
Każdego półboga od chwili poznania prawdy, aż do skończenia określonego wieku, gdzieś tak trzynastu lat, zaczynały ścigać potwory. Miały jeden cel. Po prostu cię zabić.
Wtedy wkraczały wyznaczone grupy ratunkowe lub opiekun, którym był przydzielony satyr.
Wyjaśniali pochodzenie takiej osoby i obiecywali pomoc i nowy dom.
Tak jasne!
Od kiedy Nico dowiedział się, że jest jednym ze złamanych zakazów ojca- pomyłką, czuł, że nie pasuje do innych. Wszyscy byli szczęśliwi prowadzili własne życie, mierzyli się z problemami, wyruszali na misje, zakochiwali się...Ale on? Nie.
Został odrzucony przez większość obozowiczów. Wciąż widzą w nim zagrożenie i niebezpieczeństwo jak bogowie. Gdyby mogli powtórzyli by ich naradę czy dla bezpieczeństwa nie lepiej go zabić.
Przechodził właśnie przy domku Ateny widząc już zarys pawilonu jadalnego, który był jego celem od paru męczących minut, gdy usłyszał alarm.
Wszyscy jak na komendę zebrali się przed swoimi domkami szykując uzbrojenie i próbując rozeznać się w sytuacji.
Nico jako, że był jedynym z zakazanych dzieci, a także synem Hadesa, nie miał żadnego rodzeństwa, więc szybko pobiegł na wzgórze, gdzie już zbiegały się tłumy półbogów.
Gdy biegł wiatr mierzwił jego ciemne włosy, które wpadały mu do oczu. Nie miał czasu ich co chwila odgarniać, wiedząc dobrze, że wiatr sam będzie to za niego robił.
Jego lotnicza kurtka nadymała się od powietrza, a przywieszony do pasa czarny miecz ze stygijskiego żelaza obijał mu się o biodro, jakby dawał o sobie znać.
Gdy dotarł na miejsce, którym okazało się wzgórze, gdzie rosła sosna Talii, Nico przeżył szok.
Bariera dzieląca Obóz ze światem śmiertelników, była atakowana przez groźnie wyglądające fioletowe i niebieskie błyskawice i promienie.
Za niewidzialną kopułą już ustawiały się hordy potworów, które nawoływały patrzących, aby do nich zeszli na obiad. Podejrzewał, że raczej nikt się nie skusi.
Nico dostrzegł piekielne ogary, które raz po raz próbowały przebiec na terytorium Obozu, cyklopów, którzy swoimi wielkimi maczugami walili w barierę jakby próbowały przebić oporne szkło, empuzy zaczęły co chwila przez przeszkodę mieszać w głowach chłopaków. Ale bariera jeszcze trzymała.
Nie dostrzegł już więcej szczegółów, bo jedyna granica oddzielająca krwiożerczą i rozjuszoną armię potworów od całkowicie zdumionych i nieprzygotowanych do walki półbogów pękła niczym cieniuteńka błona, wpuszczając ze sobą powiew śmierci i okrzyk bojowy.
Herosi otrząsnęli się błyskawicznie i tak jak Nico natychmiast wyciągnęli broń i ruszyli do ataku rozstawiając się na stanowiskach, strzelając z łuków, dźgając mieczami i niszcząc w proch wrogą armię.
Nico właśnie zniszczył kolejną empuzę, gdy koło głowy przeleciała mu strzała, która utkwiła centralnie w czole cyklopa, przebijając mu oko i zmieniając w pył.
Skiną z wdzięcznością Chejronowi-centaurowi, który już nakładał na cięciwę łuku kolejną morderczą strzałę, która wypuszczona przebiła z finezją kolejnego potwora.
Po kilku minutach, które mogły być nawet godzinami, wrogowie zdołali zmusić półbogów do odwrotu w stronę lasu, zbliżając się coraz bardziej do wybrzeża.
Było coraz więcej poległych i rannych herosów, których trzeba było chronić przed atakiem.
Nico miał już poważną ranę, którą zostawił po sobie sfinks, przebijając mu pazurami na wylot ramię. Stracił dużo krwi i czuł się coraz słabiej, ale nie mógł się poddać. Dostrzegł z boku walczącą grupową domu Ateny, Annabeth, która właśnie odpierała atak jakiegoś potwora o trzech ciałach.
Jej morderczy sztylet zostawiał w nim głębokie rany, ale równie dobrze mogła by dźgać worek z sianem. Potwór nic sobie nie robiąc i zanosząc się śmiechem zapędzał dziewczynę do linii brzegu.
Chejronowi skończyły się strzały i walczył już mieczem, co widocznie nie napawało go radością. Nico tracił już nadzieję na wygraną w tej walce, a jego dobre założenia rozwiały się gdy na zboczu góry dostrzegł giganta.
Był po pierwsze ogromny i bardzo bardzo brzydki. Jego twarz jak i cała skóra były zielone niczym świeży groszek, który jednak trochę zbyt długo poleżał na słońcu. Jego smocze nogi były pokryte grubymi łuskami, których chyba nawet najostrzejszy miecz z niebiańskiego spiżu by nie przeciął. W jego długie poplątane w rodzaj dredów włosy były powpinane muszle, wodorosty, ale także szczątki pogiętych mieczy.
Dopiero po chwili Nico zrozumiał, że zielone niczym wodorosty dredy to naprawdę małe węże.
Gdy przynajmniej pięciometrowy olbrzym zaczął pokonywać jeden po drugim herosów swoim wielkim trójzębem, Nico rozpoznał go.
Uniósł odważnie swój miecz do góry, aby promienie słońca rzuciły blask na czarny metal i zwróciły uwagę wroga.
-Polybotesie!- ryknął starając się aby głos nie zdradził jego strachu. Gigant zwrócił na niego uwagę, co Nico mógł uznać za udaną misję, ale gdy uśmiechnął się do niego diabelnie, widząc zapewne swoją kolejną ofiarę Nico stracił odwagę.
-Ha!-ryknął, a jego głos dziwnie przyniósł po sobie ciszę. Wszyscy przestali walczyć. Herosi stłoczeni w szyku obronnym przy Chejronie bronili się ostatkiem sił przy linii brzegu, ale potwory teraz czekały.
Nie spoglądały na swój łatwy cel, lecz oglądały zaciekawione scenę pomiędzy swoim panem, a Nickiem.
-Nie jesteś synem Posejdona, chłopaczku. Nie zamierzam dawać ci zaszczytu walki ze mną. Moja armia rozszarpię cię na strzępy ku uciesze mojej pani, a twoi przyjaciele będą następni.- potwory zasyczały ze śmiechem, oczekując na sygnał giganta.
Nico dostrzegł szansę na danie więcej czasu pozostałym herosom.
Uniósł dumnie głowę i wypiął pierś.
-To ty nie będziesz miał zaszczytu walczyć ze mną! Nawet bym nie chciał zmienić twój nic nie warty zgniły tyłek w proch.
-Co?- gigant zdezorientowany wpatrywał się w Nica, jakby sam zrobił się zielony.
-Jestem Polybotesem! Anty-Posejdonem! Stworzony aby zagarnąć królestwo starego Wodorosta ku uciesze mojej matki Gai. Walczyłem i zabijałem jednym zgnieceniem takich małych herosków jak ty.
I masz czelność mi mówić, że jesteś coś wart?!- zaśmiał się tubalnie, a potwory mu zawtórowały.
Na szczęście jak przewidział Nico zwrócił na siebie uwagę dając więcej czasu pozostałym. Armia zaczęła tworzyć spory krąg chcąc oglądać dalszy ciąg przedstawienia.
-Tak.- odkrzyknął. -Jestem synem Hadesa! Ty marny gigancie jesteś stworzony aby pokonać dziecko boga morza. Ja nim nie jestem! Jestem panem umarłych i zastępcą Króla Podziemia. Co możesz zrobić w walce z moją potęgą? Tutaj twoje wodorosty i wodne trucizny mnie nie dosięgną!- widział chwilowe zmieszanie na twarzy swojego wroga, który widocznie nie mógł naparzyć się na tupet Nica lub był zbyt zaszokowany jego postawą wobec potężniejszego przeciwnika.
-Zmiażdżę cię chłopaczku i staniesz w królestwie swego ojca jako jeden z duchów, których niby jesteś władcą.- uśmiechnął się podchodząc bliżej.- Moja pani nie chcę ciebie ani twoich marnych przyjaciół.
-To dlaczego zaatakowaliście nasz Obóz, skoro nic dla was nie znaczymy?- zapytał czując coraz to większy gniew. Gigant przystanął patrząc gdzieś za Nickiem.
-Mieliśmy nadzieję, że go zwabimy.- powiedział półgłosem.
-Kogo?- nie otrzymał odpowiedzi, bo woda za jego przyjaciółmi zmieniła się w dwie potężne niczym tsunami fale omijając ich bezpiecznie i zmywając każdego zaszokowanego potwora z powrotem do wody.
Został tylko gigant, Nico i jego przyjaciele, którzy nawet nie zostali zmoczeni.
Wroga armia została zmieniona w jeden wielki brudny ściek pyłu, który jeszcze przed chwilą unosił się na powierzchni.
Po chwili z wody wystrzelił w smudze zielonego światła jakiś chłopak. Wylądował przed Nickiem zasłaniając go ciałem przed Polybotesem.
Odkręcił się tylko na chwilę do niego, a wtedy doznał szoku.
Był najprzystojniejszym chłopakiem jakiego kiedykolwiek widział. Miał cudowną twarz z uwydatnionymi kośćmi policzkowymi, zarysem szczęki, ale przede wszystkim niesamowicie zielonymi oczami. Przypominały morzę, a wyglądały tak jakby zamknął w nich kawałek oceanu. Uśmiechał się promiennie z rozbawionym i zdeterminowanym błyskiem w oku, a jego kruczoczarne włosy mierzwił wiatr.
-Lepiej idź do reszty.- odezwał się zniewalającym głosem, a gdy to zrobił Nica ogarnęła morska bryza połączona z mocnym zapachem mięty i czymś jeszcze czego nie mógł opisać.
Chłopak odwrócił się do giganta i podszedł do niego wyciągając z kieszeni skórzanej czarnej kurtki długopis, który po chwili zamienił się w obusieczny miecz z niebiańskiego spiżu.
Szedł pewnym i sprężystym krokiem wyrafinowanego szermierza, a Polybotes cofnął się nieznacznie z obawą w oczach.
-No no. Ile musiałeś wysłać potworów, by zwrócić moją uwagę Polybotesie?- odezwał się rozbawiony do giganta.Wymachiwał niechlujnie mieczem w obie strony, ale widać było gotowość do walki w jego postawie ciała, która niby rozluźniona, była lekko napięta.
-Naprawę? Czy musiałeś wysyłać całą tą armię na niewinny Obozik, zamiast wysłać mi list z zaproszeniem?- gigant zaniemówił, ale po chwili zreflektował się chwytając mocniej trójząb w obie dłonie.
-Perseuszu.- to imię potoczyło się między herosami wywołując zdziwienia i zaszokowania. Nawet Chejron wpatrywał się w przybysza jakby przypominał swojego imiennika z dawnych mitów.
- Moja pani chcę cię widzieć.
-Ale ja nie mam ochoty. Nie zniosę kolejnego jej widoku. A poza tym nie stać ją na moje towarzystwo. Podobnie jak ty może sobie iść do Tartaru.- ostatnią groźbę niemal wysyczał niczym chmara węży na głowie giganta.
-Zmuszę cię do pójścia ze mną.- powiedział to jednak z niepewnością w głosie. Perseusz uśmiechnął się groźnie, a wyglądał wtedy jak drapieżnik czekający na polowanie.
-Możesz próbować.
Skoczyli do siebie w niecałą sekundę i już po chwili ich bronie się zderzyły stwarzając zielone iskry. Perseusz niemal tanecznie i bez wysiłku unikał ataków i ciosów Polybotesa, a ten próbował go przeszyć, spryskać trucizną, schwytać w sieć, ale chłopak był za szybki.
Po kilku źle wycelowanych pchnięciach, Perseusz potoczył się pod nogami giganta, strącając go na ziemię i przykładając ostrze miecza do jego szyi.
-Możesz powiedzieć swojej pani, że już nigdy nie będę jej służył.- po tych słowach gigant rozwiał się w pył z towarzyszącym mu z tym krzykiem.
Przez chwilę było potwornie cicho. Nikt się nie odzywał, a nawet nie ruszał. Wszyscy stali zamurowani czekając w napięciu na odrodzenie się nieśmiertelnego giganta, ale ten nie powracał. Pył rozwiał wiatr, ale on sam się nie odrodził.
Wtedy Perseusz wyprostował się chowając miecz i spoglądając na zaszokowanych herosów z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
-No witam.- powiedział przypatrując się wszystkim intensywnie.- Nie tak wyobrażałem sobie dołączenie do tego Obozu, ale chyba nie obrazicie się na mnie, że zabrałem wam okazję do zabawy.
-Co?- wykrztusił Nico. Chłopak spojrzał na niego z rozbawianiem chowając niedbale dłonie do kieszeni.
-Przecież sprzątnąłem wam przed nosem całkiem niezłe potwory. Zapewne sami nieźle się bawiliście z zabijaniem ich, ale głównie to oni chcieli mnie.
-Ale dlaczego?- z grupki wyszła Annabeth. Była cała po mimo kilku nieładnie wyglądających ran na ramionach.- Dlaczego oni chcieli ciebie i przez to zaatakowali nas!?
Chłopak westchnął z lekkim znużeniem i zaczął się przybliżać do dziewczyny. Annabeth trzymała dłoń na rękojeści sztyletu, ale Perseusz widocznie się tym nie przejmował.
-Chcieli mnie zwabić, wtedy pojmać i dostarczyć swojej pani.
-Dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi? I kim jest tak ich Pani?- pytania wypływały z ust Annabeth, a Nico wcale się nie dziwił. Miał ich jeszcze więcej w zanadrzu.
Perseusz uśmiechnął się smętnie.
-Tak mądra córka Ateny powinna wiedzieć.- Annabeth się cofnęła, a z tłumu wystąpił Chejron.
-Przełóżmy na później te rozmowy.- skierował swój nieznoszący sprzeciwu wzrok na Perseusza, który wciąż wpatrywał się w zdziwioną twarz Annabeth.- Mamy dużo rannych, tak jak i poległych. Niech każdy z przydzielonym zadaniem pomaga jak może. Rozejść się!- westchnął zmęczony, a wtedy wyglądał na o wiele starszego niż zwykle.
Gdy większość została odesłana do pomagania przy zmarłych lub do pomocy rannym, na polu bitwy zostało tylko paru grupowych domków, Chejron i Perseusz.
Nimfy tak jak i satyrowie próbowali naprawić zniszczenia po bitwie. Niektóre drzewa były przypalone, trawa została spalona przez trucizny, a natura była niespokojna.
Przez dobre kilka minut nikt się nie odezwał. Perseusz i Chejron wpatrywali się w siebie nieufnie, próbując dostrzec jakieś zagrożenie.
Annabeth opatrywała jednego z braci Hood, który miał skręconą kostkę i nie chciał iść do obozowego szpitala. Jego brat wciąż mówił, że jego noga sinieje i zapewne ją amputują podczas gdy córka Ateny próbowała bandażować mu nogę.
Silena, grupowa domu Afrodyty, stała przy Charlie'm synu Hefajstosa, z którym obecnie chodziła i rozmawiała z nim przyciszonym głosem. Clarisse grupowa domu Aresa trzymała wciąż swój ognisto czerwony miecz w dłoni nie zdejmując także swojego hełmu z łbem dzika, przez co Nico nie mógł ocenić jej nastawienia.
Był także Will Solace, który tylko na chwilę przyszedł przekazać informacje o stanie rannych. Musiał po tym szybko wracać aby pokierować dalej swoje rodzeństwo z domku Apollina.
Niezręczną ciszę przerwał wreszcie Nico.
-Perseuszu...
-Percy.-odparł szybko chłopak wchodząc mu w słowo.
-Co?
-Nie nazywaj mnie Perseuszem.- odparł sucho.-Tak się do mnie najczęściej zwracała matka, później ojciec, a teraz moi wrogowie. Więc nie zwracaj się tak do mnie.- wytłumaczył z zacięciem na twarzy.
Nico wytarł lekko spocone dłonie o wierzch spodni próbując się uspokoić.
Wszystko w tym chłopaku niemal krzyczało ,,Uciekaj przed mną, jestem zbyt groźny dla ciebie'', a Nico stał o wiele za blisko i do tego chciał rozmawiać.
-A więc Percy...Dlaczego koś wysłał za tobą całą armię potworów na czele z gigantem?
-Za nim? -odezwała się oburzona Clarisse zdejmując z głowy swój hełm i rzucając go na ziemie.- Te potwory zaatakowały nas! I to przez niego! Niech się zacznie tłumaczyć, zamiast stojąc tu jak jakiś bóg!
-Clarisse!- skarcił ją Chejron. Nico podejrzewał o co może chodzić centaurowi.
Żaden półbóg a nawet bóg nie byłby w stanie zabić giganta samemu. Jedynym sposobem jest współpraca herosa i boga, a w ostateczności mógł go pokonać ktoś o wiele bardziej potężniejszy od niego. Ale ktoś kto stoi nad gigantem jest na równy z siłami pierwotnymi. Takimi jak Gaja, Uranos i Tartarus.
Chejron odczytując jego nieme pytanie przytaknął lekko głową.
-Może być kim tam sobie chce, ale jest nam winien wyjaśnienia. W tej bitwie zginęli nasi ludzie! Nie będę się prosić. Wyduszę z niego to co chcę wiedzieć, by jak najszybciej wrócić do pomocy przy rannych.- zwróciła się do Percy'ego.
-Kim do Hadesu jesteś!?- warknęła.
Chłopak przeniósł na nią leniwe spojrzenie. Mógł stwarzać pozory spokojnego i niegroźnego, ale jego całe ciało niemal naprężało się niczym gepard do biegu lub skoku. Nico miał nadzieję, że ani do jednego i drugiego.
Jego oczy krzyżowały się z morderczym spojrzeniem Clarisse, ale po chwili uśmiechnął się szelmowsko do dziewczyny.
-Jesteś taka sama jak twój ojciec, córko Aresa.- nawet Clarisse nie ukryła zmieszania.
-Skąd wiesz kto jest moim ojcem!
-Jesteś taka jak on. Porywcza, impulsywnie głupia, ale... wierna do swoich ludzi.- wpatrywał się w nią nieprzeniknionym wzrokiem, pod którym nawet ona się ugięła. Jej wyraz twarzy lekko złagodniał i puściła luźno dłoń, która była jeszcze przed chwilą gotowa do chwycenia za miecz.
-Czyli przysłali cię bogowie?- zapytał nieśmiało Beckendorf, który trzymał Silenie za rękę dla dodania odwagi.
Percy popatrzył krzywo na ich złączone dłonie i uśmiechnął się równie podobnie.
-Można tak powiedzieć, ale nie określiłbym tego jako przysłali. Nikt mnie nie przysyła, bo nie ma nade mną władzy. Ale coś w tym stylu.
-Rozmawiałeś z nimi? Wszystkimi?- zapytał zdziwiony Nico.
Nie było jeszcze odpowiedniego momentu na naradę bogów. Przesilenie wiosenne jest jednym z takich terminów, a ono wypadało prawie za miesiąc.
Jeśli w takiej sytuacji bogowie musieli obradować to znaczyć mogło tylko jedno
-Coś się dzieję. Coś niedobrego.- zobaczył potwierdzenie swoich słów w poważnych i nieprzeniknionych zielonych oczach Percy'ego.
-Bogowie, jak już pewnie zauważyliście, zostali wezwani na moją prośbę...
-Na twoją prośbę?!- zauważył Travis Hood, którego noga wyglądała teraz jak biała maczuga. Opierał się o brata, ale nie brak mu było energii w piskliwym głosie.
-Tak.- odparł wzruszając obojętnie oczami, jakby powiedział coś zwyczajnego jak ,,Idę na zakupy'', ,,Idę do klopa'', ,,Kończy się świat''.- Ale to spotkanie nie dotyczyło tylko Olimpijczyków. To było pierwsze zebranie Bogów jak i pomniejszych bóstw.
W tym momencie liczący sobie wiele tysiącleci centaur, który nauczał wszystkich sławnych herosów mitycznego świata niemal jęknął z wrażenia.
Percy pokiwał głową wiedząc co sobie teraz może myśleć.
-Nie zdarzyło się to od czasu pierwszej wojny z gigantami i ona znów nadchodzi.-spojrzał każdemu w oczy, najdłużej zostając przy Nicku jakby czekając na jego zaprzeczenie.- Polybotesa już poznaliście. Jest
Any- Posejdonem, czyli został stworzony do zabicia mojego ojca i przejęcia jego królestwa.
-Twojego ojca?! Czyli, że jesteś herosem?!- zapytała zaszokowana Annabeth.
Percy wyglądał na już bardzo zirytowanego. Widocznie nie przepadał, że każdy mu przeszkadza. Ale gdy spojrzał w zaszokowane jego osobą szare oczy córki Ateny, jego mina ledwie dostrzegalnie złagodniała.
-Już nie. Ale kiedyś byłem jego chlubą jako heros. Służyłem w jego pałacu jako dowódca jego armii.- jego wzrok przez chwilę był bardzo odległy wspominając dawne czasy.- Teraz nie jestem już tylko półbogiem.
Uśmiechnął się łobuzersko. Nico podejrzewał, że jak Percy chodził do szkoły to każdy nauczyciel na jego widok od razu mówił ,,Nawet o tym nie myśl''. Był urodzonym awanturnikiem, jak sądził i szło mu coraz lepiej.
-Jak to już nie jesteś tylko półbogiem?- dopytywała się dziewczyna. -Zostałeś bogiem?
-Niezupełnie.- odparł wzdychając.- Nawet Bogowie nie wiedzą kim jestem. Zostałem kimś z kim nigdy nie mieli styczności i się mnie obawiają, ale nie mają wyboru. Albo mi ufają, albo nie.
Wszyscy patrzyli na Percy'ego tak jak kiedyś na Nica. Próbowali przejrzeć go na wylot. Doszukać się różnic między zwyczajnymi herosami i go ocenić, najlepiej srogo.
-Czyli, że nadchodzi wojna.- wykrztusił przerażony Connor Hood.
-I bogowie obradują jak ją zażegnać?- dodał jego brat.
-Nie jak ją zażegnać. Tylko jak ją wygrać.-sprostował Percy. -Wojna już się zaczęła. Możecie przecież sami to stwierdzić. Wroga armia na czele z gigantem prawie zniszczyła wasz Obóz.
-Myślałam, że to z twojej winy.- mimo iż Clarisse się uspokoiła, nie zapanowała do końca nad nutką jadu w głosie. Percy uniósł na to tylko ciemną brew i podszedł nieznacznie do niej.
-Myślisz, że bardzo się przejęli tym, że mogli was wszystkich zabić? Myślisz, że nie ucieszył ich fakt, że przy zwabieniu mnie do pomocy wam, mogli by trochę się z wami pobawić.- zmrużył swoje zielone wzburzone teraz oczy.- Gaja nie zna litości i zniszczy cały świat ku uciesze swoich synów i potworów, które wydostaną się wkrótce z Tartaru na ziemię.
-Dlaczego chce ciebie.- zapytała cicho Silena, jakby nie dostrzegała tej chwili grozy jaką zbudował Percy. Nawet Chejron sposępniał nie odzywając się ani słowem, zanurzony w swoich czarnych rozmyślaniach.
Ale córka Afrodyty z odwagą i bez najmniejszego skrępowania patrzyła w szalejący w oczach Percy'ego sztorm.
-Słucham?
-Dlaczego akurat chcą ciebie. Gigant powiedział, że chcieli cię zwabić i zanieść swojej pani.- skwitowała Silena.- Więc dlaczego Gaja chce ciebie?
Percy'ego widocznie zaintrygowała odwaga i błyskotliwość córki Afrodyty, która nie była przeciętną półboginią z tego domku, która tylko rozmawiała o fryzurze, ciuchach i doboru odpowiednich kolorów ubrań na jutro.
-Jestem jedyną istotą na świecie, która ma moc pokonania Gai. Bogowie, jak to oni, nie mogą się mieszać w walki początkowe, a one obejmują świat herosów. Obowiązują ich starożytne prawa, że nie mogą nawet wyzwać na wojnę siły wyższe choćby na małą walkę.
-Ale ty jesteś wyjątkowy.- stwierdził Nico, głownie do siebie, ale zwrócił uwagę Percy'ego.
Nie wiedzieć czemu czuł się przytłoczony jego intensywnym spojrzeniem i przede wszystkim onieśmielony. Stoi tutaj przed nim chłopak, który ma moc pokonania Gai, a on spokojnie z nim rozmawia. To może wprowadzać w lekkie zakłopotanie.
-Od zawsze.- uśmiechnął się arogancko, na co Annabeth prychnęła z irytacji. - Ale tak. Od niedawna jestem jeszcze bardziej... nietypowy dla innych.
-Jak możesz pokonać Gaję?- zapytała Clarisse.- Przecież to Ziemia. Jak można walczyć z czymś takim?
-Nie można.- odpowiedział. -Tak jak Kronos nie mógł walczyć z Uranosem- przecież to Niebo. Ale z pomocą swoich braci schwytał jego pomniejszą i cielesną formę niwecząc ją w proch. Teraz Uranos jest tylko niebem.
-Czyli chcesz poczekać aż Gaja w jakimś momencie przybierze cielesną formę i ją posiekasz sierpem?-zapytał sarkastycznie Nico wątpiąc w ten pan.
-Coś w tym stylu.- potwierdził.- Ale Gaja przybierze kształt dopiero wtedy, gdy się obudzi.
-Zaraz zaraz. Stop!- powiedział Charie.- Jak to śpi? To ona wypowiada wojny słodko sobie śpiąc?
-Gaja jest ziemią nie tylko w przenośni.- wytłumaczyła mu Annabeth.- Gaja jako istota pierwotna jest zrodzona jeszcze przez Chaos. Nie może być obudzona, ponieważ jako ziemia ożyłaby. Cały grunt by się poruszał wzniecając burze, sztormy, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów. Natura została by unicestwiona tak jak ludzie i herosi.
-Świat skończyłby bez nas na psy.- skwitował Connor oceniając nogę brata.
-Uważaj.- ostrzegł go Percy.- Tymi psami są również Bogowie- włącznie z twoim ojcem.
Syn Hermesa zrobił zmieszaną minę i jeszcze bardziej podziwiał dziwny kształt stopy Travisa.
-To dlaczego Bogowie zwołali naradę, jeśli nic nie mogą zrobić?- zapytała Annabeth.
-Owszem uwielbiają nic nie robić, ale w tym przypadku, gdy dojdzie do ostateczności będą musieli nam pomóc.
-Nam?- zdziwiła się Clarisse.- Już gramy w jednej drużynie? Będziemy nosić identyczne koszulki i transparenty z napisem ,,Kochajmy się nawzajem''?
-Nie proponuj mi miłości, w którą nie wierzę.- zaszokowani wszyscy ucichli patrząc dziwnie na Percy'ego. Nie zawsze jednego dnia spotykasz kolesia, który niszczy wrogą armię potworów, giganta, wspomina, że jest kimś potężniejszym niż Gaja i wyjeżdża ci o nie wierzeniu w miłość.
-I tak. Nam. Bo beze mnie nie pokonacie Gai. A to będzie także wasza misja. Bogowie obradują na Olimpie, ale także jednoczą pomniejsze bóstwa, aby nie dołączyły do sił Gai.
-To co mamy robić?- zapytał Nico. Starał się nie patrzyć na wrogie spojrzenia rzucane przez przyjaciół, ale uważał, że Percy ma rację. Jeśli on jest ich jedyną nadzieją to trzeba będzie mu pomóc i działać wspólnie.
Chłopak uśmiechnął się do niego, ale było w tym coś jeszcze przez co Nico pierwszy raz w życiu się zarumienił.
-Gaja wie, że jesteście silni i będziecie chcieli walczyć z nią. Wyśle na wasz obóz wszystkich istniejących gigantów i inne potwory. Musicie trenować i przygotować się.
Gaja powstanie w dniu przesilenia letniego.
-Czyli mamy miesiąc?- jęknęła Annabeth. -To niemożliwe! Za mało czasu na przygotowania i szkolenia. Jeśli armia Gai będzie tak silna i liczna jak mówisz, to nie wytrwały nawet jednego dnia.
Przez nią przez moment przemawiała sama mądrość Ateny. Wszyscy pokiwali zgadzając się z jej słowami, ale tylko jeden Percy oraz Chejron pozostali bez głosu.
Nico przypatrywał się temu z jeszcze większym niepokojem. Annabeth miała rację. Miesiąc przygotowań to nic w porównaniu z potęgą z jaką przyjdzie im walczyć.
-Musi wystarczyć.- skwitował Percy twardym wzrokiem. Jego morze skrzyżowało się ze stalą w oczach córki Ateny. Po chwili jednak uśmiechnął się do niej.
-Wiem, że cię denerwuję, ale będziesz musiała mi zaufać.
-Zaufać?-powtórzyła nie dowierzając.- Zaufanie się zyskuje, a miesiąc to zbyt mało czasu, abym mogła cię choćby ocenić nie mówiąc o tolerowaniu czy lubieniu. Dopiero później możesz mi wyjeżdżać o zaufaniu.
Percy westchnął niemal napawając się widokiem zdenerwowanej dziewczyny.
-Jako córka Ateny genetycznie mnie nienawidzisz.
-Co?
-Twoja matka nienawidzi mojego ojca, ale to nie powód abyś ty mnie tak szybko oceniała i robiła to samo. Musimy spróbować działać wspólnie.- Zaszokowana Annabeth wyglądała przez chwilę jak ryba wyciągnięta z wody. Łapała powietrze otwierając i zamykając usta, by po chwili pokiwać powoli i wciąż bez przekonania głową.
Percy posłał jej za to najbardziej urzekający i szelmowski ze swoich uśmiechów i lekko się skłonił.
Przeniósł wzrok na Chejrona.
-Czy mogę tu pozostać i łączyć was z bogami?- centaur przypatrywał się w milczeniu chłopakowi, jakby bał się, że zaraz może porazić go prądem niczym wąż elektryczny, lecz po chwili westchnął zmęczony i wyciągnął do niego dłoń.
-Oczywiście.- gdy podali sobie dłonie naprawdę niebo przeszyła błyskawica, na którą Percy pokiwał z uśmiechem głową.
-Zeus się chyba cieszy na to przymierze. Nie będzie musiał mnie znosić na Olimpie.- Bracia Hood parsknęli śmiechem, a Clarisse i Annabeth uśmiechnęły się pod nosem.
-To będzie naprawdę długi miesiąc.- skwitował Nico, na co Percy uśmiechnął się rozbawiony.
-Najdłuższy w waszym życiu.
Nie pasował do radosnej atmosfery Obozu Herosów, który był bezpiecznym miejscem i ostoją dla wszystkich greckich herosów, którzy nie mogliby normalnie przetrwać w świecie śmiertelników.
Każdego półboga od chwili poznania prawdy, aż do skończenia określonego wieku, gdzieś tak trzynastu lat, zaczynały ścigać potwory. Miały jeden cel. Po prostu cię zabić.
Wtedy wkraczały wyznaczone grupy ratunkowe lub opiekun, którym był przydzielony satyr.
Wyjaśniali pochodzenie takiej osoby i obiecywali pomoc i nowy dom.
Tak jasne!
Od kiedy Nico dowiedział się, że jest jednym ze złamanych zakazów ojca- pomyłką, czuł, że nie pasuje do innych. Wszyscy byli szczęśliwi prowadzili własne życie, mierzyli się z problemami, wyruszali na misje, zakochiwali się...Ale on? Nie.
Został odrzucony przez większość obozowiczów. Wciąż widzą w nim zagrożenie i niebezpieczeństwo jak bogowie. Gdyby mogli powtórzyli by ich naradę czy dla bezpieczeństwa nie lepiej go zabić.
Przechodził właśnie przy domku Ateny widząc już zarys pawilonu jadalnego, który był jego celem od paru męczących minut, gdy usłyszał alarm.
Wszyscy jak na komendę zebrali się przed swoimi domkami szykując uzbrojenie i próbując rozeznać się w sytuacji.
Nico jako, że był jedynym z zakazanych dzieci, a także synem Hadesa, nie miał żadnego rodzeństwa, więc szybko pobiegł na wzgórze, gdzie już zbiegały się tłumy półbogów.
Gdy biegł wiatr mierzwił jego ciemne włosy, które wpadały mu do oczu. Nie miał czasu ich co chwila odgarniać, wiedząc dobrze, że wiatr sam będzie to za niego robił.
Jego lotnicza kurtka nadymała się od powietrza, a przywieszony do pasa czarny miecz ze stygijskiego żelaza obijał mu się o biodro, jakby dawał o sobie znać.
Gdy dotarł na miejsce, którym okazało się wzgórze, gdzie rosła sosna Talii, Nico przeżył szok.
Bariera dzieląca Obóz ze światem śmiertelników, była atakowana przez groźnie wyglądające fioletowe i niebieskie błyskawice i promienie.
Za niewidzialną kopułą już ustawiały się hordy potworów, które nawoływały patrzących, aby do nich zeszli na obiad. Podejrzewał, że raczej nikt się nie skusi.
Nico dostrzegł piekielne ogary, które raz po raz próbowały przebiec na terytorium Obozu, cyklopów, którzy swoimi wielkimi maczugami walili w barierę jakby próbowały przebić oporne szkło, empuzy zaczęły co chwila przez przeszkodę mieszać w głowach chłopaków. Ale bariera jeszcze trzymała.
Nie dostrzegł już więcej szczegółów, bo jedyna granica oddzielająca krwiożerczą i rozjuszoną armię potworów od całkowicie zdumionych i nieprzygotowanych do walki półbogów pękła niczym cieniuteńka błona, wpuszczając ze sobą powiew śmierci i okrzyk bojowy.
Herosi otrząsnęli się błyskawicznie i tak jak Nico natychmiast wyciągnęli broń i ruszyli do ataku rozstawiając się na stanowiskach, strzelając z łuków, dźgając mieczami i niszcząc w proch wrogą armię.
Nico właśnie zniszczył kolejną empuzę, gdy koło głowy przeleciała mu strzała, która utkwiła centralnie w czole cyklopa, przebijając mu oko i zmieniając w pył.
Skiną z wdzięcznością Chejronowi-centaurowi, który już nakładał na cięciwę łuku kolejną morderczą strzałę, która wypuszczona przebiła z finezją kolejnego potwora.
Po kilku minutach, które mogły być nawet godzinami, wrogowie zdołali zmusić półbogów do odwrotu w stronę lasu, zbliżając się coraz bardziej do wybrzeża.
Było coraz więcej poległych i rannych herosów, których trzeba było chronić przed atakiem.
Nico miał już poważną ranę, którą zostawił po sobie sfinks, przebijając mu pazurami na wylot ramię. Stracił dużo krwi i czuł się coraz słabiej, ale nie mógł się poddać. Dostrzegł z boku walczącą grupową domu Ateny, Annabeth, która właśnie odpierała atak jakiegoś potwora o trzech ciałach.
Jej morderczy sztylet zostawiał w nim głębokie rany, ale równie dobrze mogła by dźgać worek z sianem. Potwór nic sobie nie robiąc i zanosząc się śmiechem zapędzał dziewczynę do linii brzegu.
Chejronowi skończyły się strzały i walczył już mieczem, co widocznie nie napawało go radością. Nico tracił już nadzieję na wygraną w tej walce, a jego dobre założenia rozwiały się gdy na zboczu góry dostrzegł giganta.
Był po pierwsze ogromny i bardzo bardzo brzydki. Jego twarz jak i cała skóra były zielone niczym świeży groszek, który jednak trochę zbyt długo poleżał na słońcu. Jego smocze nogi były pokryte grubymi łuskami, których chyba nawet najostrzejszy miecz z niebiańskiego spiżu by nie przeciął. W jego długie poplątane w rodzaj dredów włosy były powpinane muszle, wodorosty, ale także szczątki pogiętych mieczy.
Dopiero po chwili Nico zrozumiał, że zielone niczym wodorosty dredy to naprawdę małe węże.
Gdy przynajmniej pięciometrowy olbrzym zaczął pokonywać jeden po drugim herosów swoim wielkim trójzębem, Nico rozpoznał go.
Uniósł odważnie swój miecz do góry, aby promienie słońca rzuciły blask na czarny metal i zwróciły uwagę wroga.
-Polybotesie!- ryknął starając się aby głos nie zdradził jego strachu. Gigant zwrócił na niego uwagę, co Nico mógł uznać za udaną misję, ale gdy uśmiechnął się do niego diabelnie, widząc zapewne swoją kolejną ofiarę Nico stracił odwagę.
-Ha!-ryknął, a jego głos dziwnie przyniósł po sobie ciszę. Wszyscy przestali walczyć. Herosi stłoczeni w szyku obronnym przy Chejronie bronili się ostatkiem sił przy linii brzegu, ale potwory teraz czekały.
Nie spoglądały na swój łatwy cel, lecz oglądały zaciekawione scenę pomiędzy swoim panem, a Nickiem.
-Nie jesteś synem Posejdona, chłopaczku. Nie zamierzam dawać ci zaszczytu walki ze mną. Moja armia rozszarpię cię na strzępy ku uciesze mojej pani, a twoi przyjaciele będą następni.- potwory zasyczały ze śmiechem, oczekując na sygnał giganta.
Nico dostrzegł szansę na danie więcej czasu pozostałym herosom.
Uniósł dumnie głowę i wypiął pierś.
-To ty nie będziesz miał zaszczytu walczyć ze mną! Nawet bym nie chciał zmienić twój nic nie warty zgniły tyłek w proch.
-Co?- gigant zdezorientowany wpatrywał się w Nica, jakby sam zrobił się zielony.
-Jestem Polybotesem! Anty-Posejdonem! Stworzony aby zagarnąć królestwo starego Wodorosta ku uciesze mojej matki Gai. Walczyłem i zabijałem jednym zgnieceniem takich małych herosków jak ty.
I masz czelność mi mówić, że jesteś coś wart?!- zaśmiał się tubalnie, a potwory mu zawtórowały.
Na szczęście jak przewidział Nico zwrócił na siebie uwagę dając więcej czasu pozostałym. Armia zaczęła tworzyć spory krąg chcąc oglądać dalszy ciąg przedstawienia.
-Tak.- odkrzyknął. -Jestem synem Hadesa! Ty marny gigancie jesteś stworzony aby pokonać dziecko boga morza. Ja nim nie jestem! Jestem panem umarłych i zastępcą Króla Podziemia. Co możesz zrobić w walce z moją potęgą? Tutaj twoje wodorosty i wodne trucizny mnie nie dosięgną!- widział chwilowe zmieszanie na twarzy swojego wroga, który widocznie nie mógł naparzyć się na tupet Nica lub był zbyt zaszokowany jego postawą wobec potężniejszego przeciwnika.
-Zmiażdżę cię chłopaczku i staniesz w królestwie swego ojca jako jeden z duchów, których niby jesteś władcą.- uśmiechnął się podchodząc bliżej.- Moja pani nie chcę ciebie ani twoich marnych przyjaciół.
-To dlaczego zaatakowaliście nasz Obóz, skoro nic dla was nie znaczymy?- zapytał czując coraz to większy gniew. Gigant przystanął patrząc gdzieś za Nickiem.
-Mieliśmy nadzieję, że go zwabimy.- powiedział półgłosem.
-Kogo?- nie otrzymał odpowiedzi, bo woda za jego przyjaciółmi zmieniła się w dwie potężne niczym tsunami fale omijając ich bezpiecznie i zmywając każdego zaszokowanego potwora z powrotem do wody.
Został tylko gigant, Nico i jego przyjaciele, którzy nawet nie zostali zmoczeni.
Wroga armia została zmieniona w jeden wielki brudny ściek pyłu, który jeszcze przed chwilą unosił się na powierzchni.
Po chwili z wody wystrzelił w smudze zielonego światła jakiś chłopak. Wylądował przed Nickiem zasłaniając go ciałem przed Polybotesem.
Odkręcił się tylko na chwilę do niego, a wtedy doznał szoku.
Był najprzystojniejszym chłopakiem jakiego kiedykolwiek widział. Miał cudowną twarz z uwydatnionymi kośćmi policzkowymi, zarysem szczęki, ale przede wszystkim niesamowicie zielonymi oczami. Przypominały morzę, a wyglądały tak jakby zamknął w nich kawałek oceanu. Uśmiechał się promiennie z rozbawionym i zdeterminowanym błyskiem w oku, a jego kruczoczarne włosy mierzwił wiatr.
-Lepiej idź do reszty.- odezwał się zniewalającym głosem, a gdy to zrobił Nica ogarnęła morska bryza połączona z mocnym zapachem mięty i czymś jeszcze czego nie mógł opisać.
Chłopak odwrócił się do giganta i podszedł do niego wyciągając z kieszeni skórzanej czarnej kurtki długopis, który po chwili zamienił się w obusieczny miecz z niebiańskiego spiżu.
Szedł pewnym i sprężystym krokiem wyrafinowanego szermierza, a Polybotes cofnął się nieznacznie z obawą w oczach.
-No no. Ile musiałeś wysłać potworów, by zwrócić moją uwagę Polybotesie?- odezwał się rozbawiony do giganta.Wymachiwał niechlujnie mieczem w obie strony, ale widać było gotowość do walki w jego postawie ciała, która niby rozluźniona, była lekko napięta.
-Naprawę? Czy musiałeś wysyłać całą tą armię na niewinny Obozik, zamiast wysłać mi list z zaproszeniem?- gigant zaniemówił, ale po chwili zreflektował się chwytając mocniej trójząb w obie dłonie.
-Perseuszu.- to imię potoczyło się między herosami wywołując zdziwienia i zaszokowania. Nawet Chejron wpatrywał się w przybysza jakby przypominał swojego imiennika z dawnych mitów.
- Moja pani chcę cię widzieć.
-Ale ja nie mam ochoty. Nie zniosę kolejnego jej widoku. A poza tym nie stać ją na moje towarzystwo. Podobnie jak ty może sobie iść do Tartaru.- ostatnią groźbę niemal wysyczał niczym chmara węży na głowie giganta.
-Zmuszę cię do pójścia ze mną.- powiedział to jednak z niepewnością w głosie. Perseusz uśmiechnął się groźnie, a wyglądał wtedy jak drapieżnik czekający na polowanie.
-Możesz próbować.
Skoczyli do siebie w niecałą sekundę i już po chwili ich bronie się zderzyły stwarzając zielone iskry. Perseusz niemal tanecznie i bez wysiłku unikał ataków i ciosów Polybotesa, a ten próbował go przeszyć, spryskać trucizną, schwytać w sieć, ale chłopak był za szybki.
Po kilku źle wycelowanych pchnięciach, Perseusz potoczył się pod nogami giganta, strącając go na ziemię i przykładając ostrze miecza do jego szyi.
-Możesz powiedzieć swojej pani, że już nigdy nie będę jej służył.- po tych słowach gigant rozwiał się w pył z towarzyszącym mu z tym krzykiem.
Przez chwilę było potwornie cicho. Nikt się nie odzywał, a nawet nie ruszał. Wszyscy stali zamurowani czekając w napięciu na odrodzenie się nieśmiertelnego giganta, ale ten nie powracał. Pył rozwiał wiatr, ale on sam się nie odrodził.
Wtedy Perseusz wyprostował się chowając miecz i spoglądając na zaszokowanych herosów z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
-No witam.- powiedział przypatrując się wszystkim intensywnie.- Nie tak wyobrażałem sobie dołączenie do tego Obozu, ale chyba nie obrazicie się na mnie, że zabrałem wam okazję do zabawy.
-Co?- wykrztusił Nico. Chłopak spojrzał na niego z rozbawianiem chowając niedbale dłonie do kieszeni.
-Przecież sprzątnąłem wam przed nosem całkiem niezłe potwory. Zapewne sami nieźle się bawiliście z zabijaniem ich, ale głównie to oni chcieli mnie.
-Ale dlaczego?- z grupki wyszła Annabeth. Była cała po mimo kilku nieładnie wyglądających ran na ramionach.- Dlaczego oni chcieli ciebie i przez to zaatakowali nas!?
Chłopak westchnął z lekkim znużeniem i zaczął się przybliżać do dziewczyny. Annabeth trzymała dłoń na rękojeści sztyletu, ale Perseusz widocznie się tym nie przejmował.
-Chcieli mnie zwabić, wtedy pojmać i dostarczyć swojej pani.
-Dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi? I kim jest tak ich Pani?- pytania wypływały z ust Annabeth, a Nico wcale się nie dziwił. Miał ich jeszcze więcej w zanadrzu.
Perseusz uśmiechnął się smętnie.
-Tak mądra córka Ateny powinna wiedzieć.- Annabeth się cofnęła, a z tłumu wystąpił Chejron.
-Przełóżmy na później te rozmowy.- skierował swój nieznoszący sprzeciwu wzrok na Perseusza, który wciąż wpatrywał się w zdziwioną twarz Annabeth.- Mamy dużo rannych, tak jak i poległych. Niech każdy z przydzielonym zadaniem pomaga jak może. Rozejść się!- westchnął zmęczony, a wtedy wyglądał na o wiele starszego niż zwykle.
Gdy większość została odesłana do pomagania przy zmarłych lub do pomocy rannym, na polu bitwy zostało tylko paru grupowych domków, Chejron i Perseusz.
Nimfy tak jak i satyrowie próbowali naprawić zniszczenia po bitwie. Niektóre drzewa były przypalone, trawa została spalona przez trucizny, a natura była niespokojna.
Przez dobre kilka minut nikt się nie odezwał. Perseusz i Chejron wpatrywali się w siebie nieufnie, próbując dostrzec jakieś zagrożenie.
Annabeth opatrywała jednego z braci Hood, który miał skręconą kostkę i nie chciał iść do obozowego szpitala. Jego brat wciąż mówił, że jego noga sinieje i zapewne ją amputują podczas gdy córka Ateny próbowała bandażować mu nogę.
Silena, grupowa domu Afrodyty, stała przy Charlie'm synu Hefajstosa, z którym obecnie chodziła i rozmawiała z nim przyciszonym głosem. Clarisse grupowa domu Aresa trzymała wciąż swój ognisto czerwony miecz w dłoni nie zdejmując także swojego hełmu z łbem dzika, przez co Nico nie mógł ocenić jej nastawienia.
Był także Will Solace, który tylko na chwilę przyszedł przekazać informacje o stanie rannych. Musiał po tym szybko wracać aby pokierować dalej swoje rodzeństwo z domku Apollina.
Niezręczną ciszę przerwał wreszcie Nico.
-Perseuszu...
-Percy.-odparł szybko chłopak wchodząc mu w słowo.
-Co?
-Nie nazywaj mnie Perseuszem.- odparł sucho.-Tak się do mnie najczęściej zwracała matka, później ojciec, a teraz moi wrogowie. Więc nie zwracaj się tak do mnie.- wytłumaczył z zacięciem na twarzy.
Nico wytarł lekko spocone dłonie o wierzch spodni próbując się uspokoić.
Wszystko w tym chłopaku niemal krzyczało ,,Uciekaj przed mną, jestem zbyt groźny dla ciebie'', a Nico stał o wiele za blisko i do tego chciał rozmawiać.
-A więc Percy...Dlaczego koś wysłał za tobą całą armię potworów na czele z gigantem?
-Za nim? -odezwała się oburzona Clarisse zdejmując z głowy swój hełm i rzucając go na ziemie.- Te potwory zaatakowały nas! I to przez niego! Niech się zacznie tłumaczyć, zamiast stojąc tu jak jakiś bóg!
-Clarisse!- skarcił ją Chejron. Nico podejrzewał o co może chodzić centaurowi.
Żaden półbóg a nawet bóg nie byłby w stanie zabić giganta samemu. Jedynym sposobem jest współpraca herosa i boga, a w ostateczności mógł go pokonać ktoś o wiele bardziej potężniejszy od niego. Ale ktoś kto stoi nad gigantem jest na równy z siłami pierwotnymi. Takimi jak Gaja, Uranos i Tartarus.
Chejron odczytując jego nieme pytanie przytaknął lekko głową.
-Może być kim tam sobie chce, ale jest nam winien wyjaśnienia. W tej bitwie zginęli nasi ludzie! Nie będę się prosić. Wyduszę z niego to co chcę wiedzieć, by jak najszybciej wrócić do pomocy przy rannych.- zwróciła się do Percy'ego.
-Kim do Hadesu jesteś!?- warknęła.
Chłopak przeniósł na nią leniwe spojrzenie. Mógł stwarzać pozory spokojnego i niegroźnego, ale jego całe ciało niemal naprężało się niczym gepard do biegu lub skoku. Nico miał nadzieję, że ani do jednego i drugiego.
Jego oczy krzyżowały się z morderczym spojrzeniem Clarisse, ale po chwili uśmiechnął się szelmowsko do dziewczyny.
-Jesteś taka sama jak twój ojciec, córko Aresa.- nawet Clarisse nie ukryła zmieszania.
-Skąd wiesz kto jest moim ojcem!
-Jesteś taka jak on. Porywcza, impulsywnie głupia, ale... wierna do swoich ludzi.- wpatrywał się w nią nieprzeniknionym wzrokiem, pod którym nawet ona się ugięła. Jej wyraz twarzy lekko złagodniał i puściła luźno dłoń, która była jeszcze przed chwilą gotowa do chwycenia za miecz.
-Czyli przysłali cię bogowie?- zapytał nieśmiało Beckendorf, który trzymał Silenie za rękę dla dodania odwagi.
Percy popatrzył krzywo na ich złączone dłonie i uśmiechnął się równie podobnie.
-Można tak powiedzieć, ale nie określiłbym tego jako przysłali. Nikt mnie nie przysyła, bo nie ma nade mną władzy. Ale coś w tym stylu.
-Rozmawiałeś z nimi? Wszystkimi?- zapytał zdziwiony Nico.
Nie było jeszcze odpowiedniego momentu na naradę bogów. Przesilenie wiosenne jest jednym z takich terminów, a ono wypadało prawie za miesiąc.
Jeśli w takiej sytuacji bogowie musieli obradować to znaczyć mogło tylko jedno
-Coś się dzieję. Coś niedobrego.- zobaczył potwierdzenie swoich słów w poważnych i nieprzeniknionych zielonych oczach Percy'ego.
-Bogowie, jak już pewnie zauważyliście, zostali wezwani na moją prośbę...
-Na twoją prośbę?!- zauważył Travis Hood, którego noga wyglądała teraz jak biała maczuga. Opierał się o brata, ale nie brak mu było energii w piskliwym głosie.
-Tak.- odparł wzruszając obojętnie oczami, jakby powiedział coś zwyczajnego jak ,,Idę na zakupy'', ,,Idę do klopa'', ,,Kończy się świat''.- Ale to spotkanie nie dotyczyło tylko Olimpijczyków. To było pierwsze zebranie Bogów jak i pomniejszych bóstw.
W tym momencie liczący sobie wiele tysiącleci centaur, który nauczał wszystkich sławnych herosów mitycznego świata niemal jęknął z wrażenia.
Percy pokiwał głową wiedząc co sobie teraz może myśleć.
-Nie zdarzyło się to od czasu pierwszej wojny z gigantami i ona znów nadchodzi.-spojrzał każdemu w oczy, najdłużej zostając przy Nicku jakby czekając na jego zaprzeczenie.- Polybotesa już poznaliście. Jest
Any- Posejdonem, czyli został stworzony do zabicia mojego ojca i przejęcia jego królestwa.
-Twojego ojca?! Czyli, że jesteś herosem?!- zapytała zaszokowana Annabeth.
Percy wyglądał na już bardzo zirytowanego. Widocznie nie przepadał, że każdy mu przeszkadza. Ale gdy spojrzał w zaszokowane jego osobą szare oczy córki Ateny, jego mina ledwie dostrzegalnie złagodniała.
-Już nie. Ale kiedyś byłem jego chlubą jako heros. Służyłem w jego pałacu jako dowódca jego armii.- jego wzrok przez chwilę był bardzo odległy wspominając dawne czasy.- Teraz nie jestem już tylko półbogiem.
Uśmiechnął się łobuzersko. Nico podejrzewał, że jak Percy chodził do szkoły to każdy nauczyciel na jego widok od razu mówił ,,Nawet o tym nie myśl''. Był urodzonym awanturnikiem, jak sądził i szło mu coraz lepiej.
-Jak to już nie jesteś tylko półbogiem?- dopytywała się dziewczyna. -Zostałeś bogiem?
-Niezupełnie.- odparł wzdychając.- Nawet Bogowie nie wiedzą kim jestem. Zostałem kimś z kim nigdy nie mieli styczności i się mnie obawiają, ale nie mają wyboru. Albo mi ufają, albo nie.
Wszyscy patrzyli na Percy'ego tak jak kiedyś na Nica. Próbowali przejrzeć go na wylot. Doszukać się różnic między zwyczajnymi herosami i go ocenić, najlepiej srogo.
-Czyli, że nadchodzi wojna.- wykrztusił przerażony Connor Hood.
-I bogowie obradują jak ją zażegnać?- dodał jego brat.
-Nie jak ją zażegnać. Tylko jak ją wygrać.-sprostował Percy. -Wojna już się zaczęła. Możecie przecież sami to stwierdzić. Wroga armia na czele z gigantem prawie zniszczyła wasz Obóz.
-Myślałam, że to z twojej winy.- mimo iż Clarisse się uspokoiła, nie zapanowała do końca nad nutką jadu w głosie. Percy uniósł na to tylko ciemną brew i podszedł nieznacznie do niej.
-Myślisz, że bardzo się przejęli tym, że mogli was wszystkich zabić? Myślisz, że nie ucieszył ich fakt, że przy zwabieniu mnie do pomocy wam, mogli by trochę się z wami pobawić.- zmrużył swoje zielone wzburzone teraz oczy.- Gaja nie zna litości i zniszczy cały świat ku uciesze swoich synów i potworów, które wydostaną się wkrótce z Tartaru na ziemię.
-Dlaczego chce ciebie.- zapytała cicho Silena, jakby nie dostrzegała tej chwili grozy jaką zbudował Percy. Nawet Chejron sposępniał nie odzywając się ani słowem, zanurzony w swoich czarnych rozmyślaniach.
Ale córka Afrodyty z odwagą i bez najmniejszego skrępowania patrzyła w szalejący w oczach Percy'ego sztorm.
-Słucham?
-Dlaczego akurat chcą ciebie. Gigant powiedział, że chcieli cię zwabić i zanieść swojej pani.- skwitowała Silena.- Więc dlaczego Gaja chce ciebie?
Percy'ego widocznie zaintrygowała odwaga i błyskotliwość córki Afrodyty, która nie była przeciętną półboginią z tego domku, która tylko rozmawiała o fryzurze, ciuchach i doboru odpowiednich kolorów ubrań na jutro.
-Jestem jedyną istotą na świecie, która ma moc pokonania Gai. Bogowie, jak to oni, nie mogą się mieszać w walki początkowe, a one obejmują świat herosów. Obowiązują ich starożytne prawa, że nie mogą nawet wyzwać na wojnę siły wyższe choćby na małą walkę.
-Ale ty jesteś wyjątkowy.- stwierdził Nico, głownie do siebie, ale zwrócił uwagę Percy'ego.
Nie wiedzieć czemu czuł się przytłoczony jego intensywnym spojrzeniem i przede wszystkim onieśmielony. Stoi tutaj przed nim chłopak, który ma moc pokonania Gai, a on spokojnie z nim rozmawia. To może wprowadzać w lekkie zakłopotanie.
-Od zawsze.- uśmiechnął się arogancko, na co Annabeth prychnęła z irytacji. - Ale tak. Od niedawna jestem jeszcze bardziej... nietypowy dla innych.
-Jak możesz pokonać Gaję?- zapytała Clarisse.- Przecież to Ziemia. Jak można walczyć z czymś takim?
-Nie można.- odpowiedział. -Tak jak Kronos nie mógł walczyć z Uranosem- przecież to Niebo. Ale z pomocą swoich braci schwytał jego pomniejszą i cielesną formę niwecząc ją w proch. Teraz Uranos jest tylko niebem.
-Czyli chcesz poczekać aż Gaja w jakimś momencie przybierze cielesną formę i ją posiekasz sierpem?-zapytał sarkastycznie Nico wątpiąc w ten pan.
-Coś w tym stylu.- potwierdził.- Ale Gaja przybierze kształt dopiero wtedy, gdy się obudzi.
-Zaraz zaraz. Stop!- powiedział Charie.- Jak to śpi? To ona wypowiada wojny słodko sobie śpiąc?
-Gaja jest ziemią nie tylko w przenośni.- wytłumaczyła mu Annabeth.- Gaja jako istota pierwotna jest zrodzona jeszcze przez Chaos. Nie może być obudzona, ponieważ jako ziemia ożyłaby. Cały grunt by się poruszał wzniecając burze, sztormy, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów. Natura została by unicestwiona tak jak ludzie i herosi.
-Świat skończyłby bez nas na psy.- skwitował Connor oceniając nogę brata.
-Uważaj.- ostrzegł go Percy.- Tymi psami są również Bogowie- włącznie z twoim ojcem.
Syn Hermesa zrobił zmieszaną minę i jeszcze bardziej podziwiał dziwny kształt stopy Travisa.
-To dlaczego Bogowie zwołali naradę, jeśli nic nie mogą zrobić?- zapytała Annabeth.
-Owszem uwielbiają nic nie robić, ale w tym przypadku, gdy dojdzie do ostateczności będą musieli nam pomóc.
-Nam?- zdziwiła się Clarisse.- Już gramy w jednej drużynie? Będziemy nosić identyczne koszulki i transparenty z napisem ,,Kochajmy się nawzajem''?
-Nie proponuj mi miłości, w którą nie wierzę.- zaszokowani wszyscy ucichli patrząc dziwnie na Percy'ego. Nie zawsze jednego dnia spotykasz kolesia, który niszczy wrogą armię potworów, giganta, wspomina, że jest kimś potężniejszym niż Gaja i wyjeżdża ci o nie wierzeniu w miłość.
-I tak. Nam. Bo beze mnie nie pokonacie Gai. A to będzie także wasza misja. Bogowie obradują na Olimpie, ale także jednoczą pomniejsze bóstwa, aby nie dołączyły do sił Gai.
-To co mamy robić?- zapytał Nico. Starał się nie patrzyć na wrogie spojrzenia rzucane przez przyjaciół, ale uważał, że Percy ma rację. Jeśli on jest ich jedyną nadzieją to trzeba będzie mu pomóc i działać wspólnie.
Chłopak uśmiechnął się do niego, ale było w tym coś jeszcze przez co Nico pierwszy raz w życiu się zarumienił.
-Gaja wie, że jesteście silni i będziecie chcieli walczyć z nią. Wyśle na wasz obóz wszystkich istniejących gigantów i inne potwory. Musicie trenować i przygotować się.
Gaja powstanie w dniu przesilenia letniego.
-Czyli mamy miesiąc?- jęknęła Annabeth. -To niemożliwe! Za mało czasu na przygotowania i szkolenia. Jeśli armia Gai będzie tak silna i liczna jak mówisz, to nie wytrwały nawet jednego dnia.
Przez nią przez moment przemawiała sama mądrość Ateny. Wszyscy pokiwali zgadzając się z jej słowami, ale tylko jeden Percy oraz Chejron pozostali bez głosu.
Nico przypatrywał się temu z jeszcze większym niepokojem. Annabeth miała rację. Miesiąc przygotowań to nic w porównaniu z potęgą z jaką przyjdzie im walczyć.
-Musi wystarczyć.- skwitował Percy twardym wzrokiem. Jego morze skrzyżowało się ze stalą w oczach córki Ateny. Po chwili jednak uśmiechnął się do niej.
-Wiem, że cię denerwuję, ale będziesz musiała mi zaufać.
-Zaufać?-powtórzyła nie dowierzając.- Zaufanie się zyskuje, a miesiąc to zbyt mało czasu, abym mogła cię choćby ocenić nie mówiąc o tolerowaniu czy lubieniu. Dopiero później możesz mi wyjeżdżać o zaufaniu.
Percy westchnął niemal napawając się widokiem zdenerwowanej dziewczyny.
-Jako córka Ateny genetycznie mnie nienawidzisz.
-Co?
-Twoja matka nienawidzi mojego ojca, ale to nie powód abyś ty mnie tak szybko oceniała i robiła to samo. Musimy spróbować działać wspólnie.- Zaszokowana Annabeth wyglądała przez chwilę jak ryba wyciągnięta z wody. Łapała powietrze otwierając i zamykając usta, by po chwili pokiwać powoli i wciąż bez przekonania głową.
Percy posłał jej za to najbardziej urzekający i szelmowski ze swoich uśmiechów i lekko się skłonił.
Przeniósł wzrok na Chejrona.
-Czy mogę tu pozostać i łączyć was z bogami?- centaur przypatrywał się w milczeniu chłopakowi, jakby bał się, że zaraz może porazić go prądem niczym wąż elektryczny, lecz po chwili westchnął zmęczony i wyciągnął do niego dłoń.
-Oczywiście.- gdy podali sobie dłonie naprawdę niebo przeszyła błyskawica, na którą Percy pokiwał z uśmiechem głową.
-Zeus się chyba cieszy na to przymierze. Nie będzie musiał mnie znosić na Olimpie.- Bracia Hood parsknęli śmiechem, a Clarisse i Annabeth uśmiechnęły się pod nosem.
-To będzie naprawdę długi miesiąc.- skwitował Nico, na co Percy uśmiechnął się rozbawiony.
-Najdłuższy w waszym życiu.
Jestem inny...
Siedział tak tępo wpatrując się w sufit swojej kajuty, czując jak ,,Argo II'' sunie niezbyt łagodnie po falach. Dokładnie wiedział gdzie się znajdują. Znał szerokość i długość geograficzną, nawet prędkość i wydajność maszyn statku.
Mógłby nawet uspokoić wzburzone morze, ale jego myśli i duch wcale nie miały ochotę być spokojne, nie mówiąc o narzucaniu tego samego stanu morzu.
Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że czuje się jak w więzieniu. Był tutaj między przyjaciółmi, ale miał poczucie, że jest kłamcą i oszustem.
Uważali go wciąż za herosa, bohatera i złotego chłopca, którym na pewno nie był.
Już nie.
Od kiedy wrócił cało z Krainy Wiecznego Potępienia, która powinna zajmować pierwsze miejsce na liście miejsc do zwiedzania na wakacje dla półbogów, czuł się obco w swoim ciele. Oczywiście, gdy przeszedł cały Tartar z Annabeth u boku po woli umierał przez trujące opary, brak wody, jedzenia i do tego, co chwila atakowany przez potwory, ale chodziło o coś innego.
Zdawał sobie sprawę z swojej potęgi. Gdy walczył z wrogiem, kiedy tworzył swoje osobiste huragany, wzniecał sztormy i panował nad hektolitrami burzącej się morskiej wody, czuł się potężny. Ale gdy zapanował nad tą trucizną, którą skierował przeciwko Achlys coś się w nim zmieniło.
Jego postrzeganie co do swoich ograniczeń przestało istnieć. To tak jakby motyl całe życie tkwił w kokonie i w pewnym momencie odkrył, że może go opuścić i żyć całkiem inaczej niż dotychczas.
Woda morska przestała go więzić, ale jednak jedno mu zabierało wolność.
Strach.
Gdy zobaczył przerażenie w oczach Annabeth, gdy zapanował nad czymś z pozoru niedostępnym dla syna pana mórz, jego dziewczyna, prawdziwie się go lękała.
-Hej.- do jego kajuty zajrzała nieśmiało Piper.
Niemal podskoczył zdając sobie sprawę z tego, że tak bardzo się zamyśli, że nie usłyszał głośnego pukania o metalowe drzwi kajuty.
Percy zdziwił się widokiem właśnie jej. Spodziewał się bardziej Annabeth, która od kilu dni sypiała u niego, bojąc się zasnąć samej w nocy, lub nawet Hazel i Franka.
Ale Piper...?
Nie.
-Mogę wejść?- starała się przez większość czasu nie używać czaromowy, ale gdy się denerwowała to niekiedy jej się to nie udawało. Nawet nieświadomie sprawiała innym wiele dezorientacji i przyszłych migren, gdy niechcący magicznie poprosi o podanie soli. Człowiek wtedy nie jest całkiem świadomy tego,co robi, a świadomość, że będzie się to zdarzało często i przez twoją przyjaciółkę, dostatecznie cię już denerwowało.
Percy jeszcze jej się nie przyznał, że na nim jakoś jej magiczny głos przestał działać, ale nie było ku temu okazji.
Miał wrażenie, że jej głos mami innych tylko dlatego, że przypomina śpiew syren, które swoim zwodniczym i pięknym głosem mamiły żeglarzy na pewną zgubę. Percy przez to, że jednak jeszcze jest synem Pana Morza, umiał się temu przeciwstawiać.
-Jasne.- próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu zapewne grymas, na który dziewczyna od razu się zatrzymała na środku pokoju.
-Czemu się do mnie wykrzywiasz?
-A...już nic.- usiadł robiąc miejsce na jego sponiewieranym łóżku. Próbował trochę przygładzić narzutę i poklepał wolne miejsce koło siebie.- Siadaj.
Na pierwszy rzut oka Piper wyglądała na bardzo niepozorną i ładną dziewczynę, ale gdy się czymś martwiła zdawała się poważniejsza, bardziej dostojna. Jej wzrok stawał się zamyślony i skupiony na jakiejś odległej rzeczy przez co jej brwi się ściągały, a wyraziste rysy twarzy stawały się bardziej widoczne. To wszystko przypominało mu o spotkaniu Afrodyty w jej limuzynie. Nie starała się aby dbać o pozory urzekającej, po prostu taka była. Olśniewająca i zachwycająca w swej osobie.
Percy nie mógłby chodzić z taką dziewczyną. Już inteligencja Annabeth zawsze go bardzo krępuję. Za każdy razem boi się coś powiedzieć, a później jeszcze zamartwia się czy nie zrobił jakiejś głupoty, po której zapewne słuchając zdrowego rozsądku by go zostawiła.
Piper przez chwilę bawiła się niebieskim piórkiem harpii, które zdobyła ostatniej nocy. Po czym wciąż niepewnym głosem zaczęła mówić:
-Jason coraz gorzej się czuję.- Percy wstrzymał się od rzucenia ,,wiedziałem'', co było by niegrzeczne w tej sytuacji. Wiadomą rzeczą jest przecież to, że w chwili zagrożenia ukochanej osoby ma się złe myśli i wciąż szuka się sposobu aby ją ocalić.- Nie chcę mnie martwić, ale ja widzę jak cierpi. Czuję to. A... nawet bogini nie mogła go uleczyć. Ja się naprawdę boję.
Spojrzała na niego i Percy dostrzegł w jej szklistych oczach jak ona bardzo przeżywa stan Jasona.
Zawsze gdy zmieniała mu zakrwawiony bandaż była oazą spokoju, a nawet żartowała i zachowywała się tak naturalnie, jakby rozmawiała przy herbatce. Percy podejrzewał wcześniej, że takie zachowanie jest typowe dla dzieci Afrodyty
,,O koniec świata. Usiądźmy przy herbatce i podziwiajmy ten armagedon. A po za tym, co u twojego umierającego chłopaka?'' , ale teraz...
Gdy widział Piper tak przerażoną i zrozpaczoną, że przychodziła do niego- gościa, który niemal zabił jej chłopaka w Kansas.
-Wiem Piper. Ja też się o niego martwię.-widząc jej rozpacz nie mógł starać się jej nie pocieszyć.- Ale Jason to naprawdę twardy facet. Nie da się takiej drobnej przeszkodzie. Zobaczysz.- tym razem dopracował swój pokrzepiający uśmiech, którym raczej by nie przegonił zmartwionej dziewczyny. Jednak siedział tak zamyślony głowiąc się wciąż dlaczego przyszła akurat do niego.
-Może.- potarła załzawione oczy, które lekko jej poczerwieniały.- Ale Percy... Myślałam, że może ty...
-Ja?- zapytał zdziwiony.
-Bo wiesz. Czytałam tyle starożytnych legend z moim tatą, że kilkakrotnie natrafiałam na wzmianki o błogosławieństwie morza.
-O czym?- Piper zdała się jeszcze bardziej załamana niewiedzą Percy'ego.
-Gdy statek zostanie zatopiony przez szalejące morze i jakiemuś szczęśliwcu uda się ujść z życiem, Posejdon niekiedy okazuje mu łaskę. Błogosławi go, a on jakimś cudem lub z jego pomocą znajduje pomoc. Czasem jest to statek, a nawet...- spojrzała mu prosto w oczy- uleczenie ran.
Percy już zrozumiał o co mogło jej chodzić. Nie mógł zapanować nad gniewnym zmarszczeniem brwi. Przyszła tutaj myśląc, że poprosi ojca, który ignorował go tyle czasu o pomoc dla Jasona.
Ale przecież dobrze wiedziała, że takie przysługi najczęściej srogo kosztują. Niekiedy nawet życiem.
Starając się nad sobą zapanować. Percy przeniósł na chwilę wzrok na okno kajuty, które było co chwile atakowane przez silne uderzenia fal zmieniających wodę w gęstą pianę.
Przez kilka minut starając się uspokoić i patrząc na wodę jego zirytowanie niemal go opuściło.
-Piper.- zaczął zmęczonym głosem. Spojrzał na wyczekującą na jego reakcję dziewczynę. Zaciskała kurczowo dłonie na piórku, które nie było już takim ładnym trofeum jak na początku rozmowy.
-Mój ojciec nie odzywał się do mnie od roku. Widziałem go ostatni raz tylko na kilka minut, po czym nie dawał znaku życia.- próbował panować na gniewem w głosie, ale coraz bardziej miał ochotę to wykrzyczeć.
-On mi nie pomoże Piper. Nie obchodził go mój los, gdy miałem amnezję i zwędrowałem na Alaskę, mógł równie dobrze się tym nie przejmować, ale prawie zginąłem. Nie pomógł mi nawet, gdy byłem w Tartarze. Nic z tego Piper. On ma ważniejsze sprawy niż ja i moje zmartwienia.
Dziewczyna spuściła wzrok i siedziała przez moment z zawieszoną głową.
-A może...Gdybyś poprosił. To może...
-Piper.- wstał zbyt gwałtownie niż zamierzał. Dziewczyna podniosła na niego zaszokowany wzrok dziwiąc się jego reakcji. Próbując złapać drżący oddech ściskał mocno pięści, aby przemówić w miarę łagodnym głosem.
-Kiedy spotkałaś matkę, ona ci pomogła w twojej pierwszej wyprawie, a nawet ostatnio. Atena pomagała Annabeth przy pokonaniu przeszkód podążając za Znakiem Ateny. Nawet Jupiter wspierał Jasona na Mount Diablo. A mnie? Posejdon mnie opuścił lub zapomniał, a ja nie mam zamiaru się upominać na siłę. Ma lepszych synów, którzy składają mu śmiertelne ofiary, którzy łupią i zabijają na morzu śródziemnym. Ja go nie obchodzę.
-Czyli co...- zapytała unosząc się gniewnie z miejsca.- Przez swoją dumę dasz umrzeć Jasonowi?
-To nie...
-No co? To nie tak! Odmówiłeś mi, bo ojciec cię nie obchodzi! Ale masz szansę uratować Jasona, a nawet nie chcesz spróbować. Ty...- prychnęła miażdżąc Percy'ego wzrokiem i wyszła.
Na chwilę jeszcze włożyła głowę między zamykające się drzwi.
-Naprawdę cudownie, że chociaż ty wróciłeś cało, prawda? Nikt inny się nie liczy!
Gdy zamknęły się drzwi oddzielające Piper od niego, Percy opadł bezwładnie na łóżko, nagle bardzo zmęczony.
Czuł się jeszcze gorzej niż po wypiciu gorgoniej krwi. Poczucie winy paliło go od środka niczym kwas, a poczucie irytacji jeszcze bardziej się nasiliło.
Wybiegł w nagłym impulsie z kajuty trzaskając za sobą drzwiami, które powtórzyło się echem roznoszącym się dalej w korytarzu.
Percy nie wiedział co robi, ale jego nogi same zaprowadziły go na pokład statku.
Zaczynało się już ściemniać. Pomarańczowe słońce przesłonięte przez parę ciemnych chmur powoli zniżało się, aby niedługo zniknąć przy horyzoncie morza.
Fale się uspokajały, a morze zdawało się zapadać w głęboki sen, uspokajając się w zbliżającej się ciszy nocnej.
Leo stał przy sterach zapatrzony przed siebie przemawiając co chwile do Festusa, który zdawał raporty o sanie statku.
Nie widział nikogo na warcie, więc szybko uciekł do cienia na rufie. Stojąc pod wznoszącym się nad nim masztem skupił się na szumie morza wdychając morską bryzę.
Niech Bogowie go bronią od kolejnego wylądowania w Tartarze, gdzie był oddzielony od królestwa swego ojca.
Nagle znów poczuł nieopisany gniew.
Dlaczego królestwo jego ojca?! On też jest jego synem. On też panuję nad morzem. Zapanował nawet nad trucizną, która nie jest wcale częścią mocy Posejdona.
Nawet on by tego nie mógł. Percy'ego jako herosa nie obowiązywały starożytne zasady. Mógł panować nad czymś czego nawet wielki władca mórz by nie mógł.
Olśniony swym odkryciem zawędrował biegiem pod kajutę Jasona.
Drzwi były zamknięte, a z środka nie dochodziły żadne głosy. Widocznie Piper musiała ochłonąć po rozmowie z Percy'm aby później pokazać się Jasonowi, jako Panna Opanowana.
Westchnął zbierając myśli i karcąc się za swoje głupie pomysły pchnął drzwi do środka.
W pomieszczeniu tak jak u innych było łóżko stojące pod ścianą, a koło niego mała szafka na książki, która uzupełniała się sama od gustu czytelnika. Na podłodze leżał biały puszysty dywan przypominający futro niedźwiedzia polarnego. Pod ścianą stała także szafa na ubrania i półki na broń.
Jason siedział zgarbiony na łóżku zapatrzony w złotą monetę leżącą u niego na otwartej dłoni. Zdawał się, że nie zauważył jeszcze Percy'ego. Myślami był daleko stąd, a jego twarz była widocznie zmartwiona.
Z jego rany co jakiś czas buchał obłoczek dymu, który pachniał niczym przysmażana skóra ryby na oleju.
-Cześć.- powiedział zagłuszając ciszę, na co Jason lekko podskoczył w miejscu. Był zdziwiony tak jak wcześniej Percy, widocznie także spodziewał się kogoś innego.
-Co tu robisz?- zapytał od razu. Percy często się zastanawiał czy też tak brzmiał. Ton głosu Jasona zdradzał o jego przejściach jako dowódcy. W jego postawie zawsze było coś interesującego, co skłaniało do słuchania jego poleceń i rad.
-Była u mnie Piper...- zaczął niepewnie przestępować z nogi na nagę myśląc o rychłej ucieczce i skoczeniu do morza za swoją głupotę. Ale jako wieczny masochista i prawdziwy idiota stał tam wciąż patrząc na coraz to bardziej zdziwionego Jasona.
-Wyznała mi, że się o ciebie zamartwia stary i...
-I...
-I poprosiła mnie o pewną przysługę.- Percy opowiedział o swojej rozmowie. Gdy opowiadał Jason uważnie słuchał w milczeniu, ale jego myśli widocznie już śmigały z prędkością jego błyskawic.
-Naprawdę cię o to poprosiła?- zapytał na koniec.
-Tak.- odparł ostrożnie. Może Jason także miałby teraz znienawidzić Percy'ego za jego postawę i upór do gniew na ojca. Jednak Jason uśmiechnął się smętnie.
-Doceniam, że Piper się stara znaleźć jakiś lek, ale... Nie powinna cię o to prosić.
-Naprawdę?- zapytał zdziwiony. Czekał na krzyki, zrywające się gniewne wiatry, a nawet na ponowne usmażenie błyskawicą, ale Jason poklepał Percy'ego po plecach, niemal po bratersku.
-Jasne.-odparł z uśmiechem. -Ja także nie rozmawiam z ojcem. Jako król Bogów musi jak to on uważa, wiecznie dawać przykład. Przez co jeszcze bardziej mnie unika i nie faworyzuje. Rozumiem co czujesz i sam nigdy bym cię o to nie poprosił.
Percy słuchał w zaszokowaniu i milczeniu. Przez całą podróż od zbombardowania Obozu Jupitera aż do powrotu z Tartaru, Percy i Jason, wciąż ze sobą rywalizowali. Walczyli o przywództwo i wykazanie się w ratowaniu swoich przyjaciół. A teraz po prostu siedzieli u niego w pokoju i gadali w całkowitym zrozumieniu i przyjaźni.
-Dzięki.- wymamrotał wciąż oszołomiony. Jednak po chwili się zreflektował i wyszczerzył się do chłopaka.- Ale nie przyszedłem tu na babskie plotki i piżama party.
-A już myślałem, że zapleciemy warkocze, nałożymy maseczki i teraz pogadamy o dziewczynach.
-Ha ha. Bardzo śmieszne Grace.- dał mu lekkiego kuksańca w ramię, uważając na jego ranę.
-Ale tak na prawdę to mój ojciec nam nie jest potrzebny.-Jason uniósł pytająco jasną brew.
-Nie przyszedłem tu aby mówić o tym, że nie umiem ci pomóc.
-A umiesz?- zastanowił się dogłębniej nad tym pytaniem. Czy umiał?!
Oczywiście, że nie był pewien, ale mógł spróbować. Nie miał zamiaru czekać na łaskę swojego ojca aby ten chociaż wysłał mu zdjęcie z Olimpu. Musiał sam działać i liczyć na własne umiejętności i moce.
Westchnął zamykając oczy na jedną ważną chwilę podejmowania swojej decyzji.
-Tak.
Jason nie pytał i nie dziwił się dlaczego miał się położyć na dywanie i zdjąć bandaż, który i tak niedługo musiałaby zmienić mu Piper.
Rana wyglądała paskudnie. Ciało Jason było niemal przebite na wylot, a z ziejącej dziury pośrodku piersi wypływała ciemna krew, którą cesarskie złoto zabarwiło na podobny kolor.
Percy wielokrotnie widywał takie rany u bogów, ale w ciele półboga było to bardzo niepokojące. Już sam dym, który wydostawał się ze środka niemal dusił Percy'ego i podrażniał oczy.
Przez łzy usiadł koło Jasona, który przypatrywał mu się w milczeniu.
-Mam nadzieję, że wiesz co robisz.- zapytał słabo zamykając oczy.
-Ja też.- mruknął.
Skupił się próbując przywołać stan w jakim się znalazł w Tartarze. Wyobraził sobie, że nie ograniczają go więzy jakimi jest skrępowany Posejdon. On nie jest bogiem, jest Herosem.
Poczuł jak jakiś supeł w jego żołądku tak jak wcześniej rozplata się, ale pozostawia po sobie kłujący ból jakby zadany ostrymi odłamkami szkła.
Poczuł jak przepływająca w nim moc się kumuluje chcąc jak najszybciej się wyrwać.
On też chciałby być wolny!
I wtedy skierował swoje nagrzane od energii dłonie na ranę Jasona. Przez chwilę czuł jakby włożył swoje ciało do ognia, a nadmierna temperatura miała go rozsadzić od środka, ale wtedy zielony promień jego mocy wystrzelił w ranę.
Jason jęknął, ale nie krzyczał. Percy tracił orientację co robi. Przed oczami mu się zamazywało. Czuł tylko i wyłącznie opuszczające go siły.
Zmuszając się do jeszcze większego wysiłku jakim było zachowanie przytomności zobaczył, że to działa.
Rana przestała dymić i powoli zmniejszała swoją powierzchnię, by po sekundzie zniknąć bez śladu.
Jednak energia wciąż go opuszczała, a jego ciało niemal całe wiło się z bólu. Nakazując sobie spokój skupił się jeszcze bardziej na pohamowaniu się.
Pomyślał o przerażonym szarym spojrzeniu Annabeth. Błagający jej ton, aby pamiętał, że nie nad wszystkim można zapanować.
Upadł na podłogę przesłonięty tą wizją.
Obudził się wciąż leżąc twarzą na dywanie, który zostawił mu bolący ślad na policzku. Obok niego siedział Jason, który chyba także odzyskał przytomność. Patrzył w zaszokowaniu na swoją pierś, gdzie nie ziała niczym wypalona kwasem dziura.
Spojrzał ze zdziwieniem na Percy'ego, by po chwili rzucić mu się do szyi i poczochrać mu włosy.
-Stary! To było niesamowite! Udało ci się! Nie wierzę!- wylewała się z niego cała radość, a Percy w tym czasie tkwił w jego dziwnym uścisku. Wyplątał się z niego i posłał mu krzywy uśmieszek.
-Jak mogłeś we mnie nie wierzyć. Zawsze mi się udaje.
Przez chwilę jeszcze Jason mu dziękował, po czym Percy wymknął się z jego kajuty jakby był jego kochankiem po skończonej romantycznej nocy.
Gdy trafił wreszcie do swojego pokoju rzucił się na łóżku w celu zapadnięcia się w niebyt, ale bez powodzenia.
Czuł się jakby błąkał się przez tydzień na pustyni. Był wyczerpany, zmęczony i dziwnie smutny.
Nie wiedział dlaczego Piper dzisiaj nie przyszła do Jasona. Możliwe, że tak ją rozeźlił, że nie umiała się dostatecznie opanować. Już widział jej zmasakrowany pokój przez działanie jej obu broni.
Ale jeszcze dziwniejsze było to, że nie było u niego Annabeth. Może znów zasiedziała się u siebie czytając, albo to ona była uspokajaczem dla Piper.
Chcąc przestać się zamartwiać i uspokoić poszedł do miejsca, do którego od dawna miał ochotę dojść.
Gdy wyszedł na pokład słońce powoli wstawało. Dziwnie się czuł widząc ten widok. Jeszcze chyba tak niedawno widział odwrotną sytuacje, a teraz zaczynał się kolejny męczący dzień.
Westchnął ciężko i wychylił się za burtę. Spojrzał tylko czy nikt go nie widzi i skoczył do wody z błogim uśmieszkiem na twarzy.
Piper siedziała u siebie w kajucie przez maximum pięć minut po czym wyszła z niej nawet nie zamykając drzwi. Zbyt dużo energii się w niej kłębiło, którą miała ochotę wyładować na pewnym półbogu o glonach zamiast mózgu. Musiała także się bardzo postarać aby nie wykrzyczeć tego wszystkiego Jasonowi i się nie wyżalić, ale to o niego była cała ta awantura. Jednakże jakby uparty i egoistyczny ,,Wodorost'' chciał choćby spróbować pomóc jej i Jasonowi nie byłaby tak rozgniewana.
Nawet nie wiedziała dokąd zamierzała iść, gdy nie weszła do kajuty Annabeth.
Blondynka siedziała na koi, czytając w skupieniu książkę, która była dziwnym trafem po grecku.
Gdy odchrząknęła, Annabeth przeniosła na nią zdziwiony wzrok swoich szarych oczu.
-Piper? Jest...- spojrzała na zegarek. -Trzecia w nocy. Wszystko dobrze?
Piper nie miała pojęcia, że jest tak późno. Nie miała nawet poczucia czasu, gdy się tak zdenerwowała, przez co nawet nie musiała próbować zasnąć. I tak nic z tego by nie wyszło. Jednakże myślała, że przebywała w swoim pokoju góra pięć minut, a tu dowiaduje się, że jednak dłużej wydeptywała ścieżkę na dywanie w swojej kajucie.
Spojrzała na Annabeth nawet nie hamując już swoich lecących jej po policzkach łez.
Podeszła i usiadła koło niej.
Wyżalenie się dziewczynie chłopaka, który był sprawcą jej stanu pomógł Piper lepiej niż najlepsza tabletka uspokajająca.
Annabeth pocieszała co chwila Piper i przytulała ją, gdy ta mocniej szlochała lub gdy miała już wychodzić aby zdzielić Percy'ego. Może robiła to dla niej, albo po prostu ratowała swojego chłopaka przed rychłą śmiercią.
Gdy skończyła już z krzykami, łzami i groźbami pod adresem Percy'ego po prostu siedziała przytulona do Annabeth patrząc na obrazek jej i Percy'ego.
Śmiali się i sobie dokuczali. Percy zabrał jej bejsbolówkę, którą zamierzał wyrzucić do wody, a ona trzymała w dłoni jego długopis.
Piper uznała z góry porażkę Annabeth. Słyszała ponoć, że długopis Percy'ego zawsze po wyrzuceniu trafia znów do jego kieszeni. Jeśli jej bejsbolówka nie umiała powracać w locie jak bumerang, to niestety Percy miał przewagę.
Nawet nie zauważyła jak zamknęły jej się oczy, a otworzyły dopiero, gdy wredne promienie słońca padły jej na twarz.
Wstała z jękiem zahaczając o jeszcze śpiącą Annabeth, której ramie przytulało ją do siebie. Mogło być to nawet zabawne, ale Piper była zbyt zła na siebie.
Przespała całą noc w kajucie Annabeth, choć miała dzisiaj od czwartej wartę. Do tego nie odwiedziła Jasona i nie sprawdziła czy Leo nie zaklinował się o jakiś tłok w maszynowni. Czuła się jeszcze gorzej niż po rozmowie z Percy'm.
Wstała zbyt gwałtownie budząc Annabeth. Tak samo zdziwiona jak wcześniej Piper przetarła zaspane oczy i wstała niepewnie z koi.
Zaklęła patrząc na tarczę zegarka, który pokazywał siódmą rano.
-Nie objęłam...Zaraz.- spojrzała na Piper. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.- Ty też nie objęłaś warty. A ja... Och Bogowie!
Szybko się szykując i próbując się na prędko ogarnąć po dziwnej nocy pobiegły do mesy, gdzie powinno już być śniadanie.
Wpadły do środka nie łapiąc nawet oddechu. Dopiero gdy zobaczyły, że jedzenie zawisło w powietrzu przy ustach ich przyjaciół uspokoiły się.
Hazel jadła swoje owsiane płatki siedząc koło Franka, który studiował mapę Grecji. Leo jadł ostatnio tylko serowe chrupki, od których prawdopodobnie się uzależnił, więc wszystko było w porządku.
-Yyy...- zaczęła Hazel połykając łyżkę owsianki.- Coś was goniło?
-Nie. Tylko...- odezwała się Piper i już miała powiedzieć, że zasnęły na swojej warcie, gdy do mesy wszedł sprężystym krokiem Jason.
Był zdrowy! Tylko to przeszło przez głowę Piper, gdy zaniemówiła na jego widok.
Już nie miał bandaża i wyglądał o niebo lepiej. Jego skóra nie była już tak niezdrowo blada jak dzień temu.
Uśmiechał się promiennie, a jego niebieskie oczy jaśniały jak czyste niebo.
Spojrzał uradowany na Piper, a ona tylko na to czekając rzuciła się mu w ramiona.
-Jason! O Bogowie! Co się stało?! Jak...
-To dzięki Percy'emu.- Piper momentalnie znieruchomiała w jego ramionach.
-C-co?- wyjąkała.
-Nie wiem jak to zrobił, ale mnie wyleczył. Użył swojej mocy i gdy się ocknąłem rana zniknęła.
Wszyscy milczeli zaszokowani, a Piper była na ich czele.
-Jak to możliwe? Przecież on panuje nad wodą. Nie jest uzdrowicielem od Apollina.- powiedział Leo, jakby się zastanawiał dlaczego samochód działa bez paliwa.
-Może jest potomkiem Apollina.- zasugerował Frank.- Przecież się tak zdarza. W Obozie Jupitera jest wiele takich przypadków.
Hazel pokręciła głową.
-Ale nie w przypadku dzieci Wielkiej Trójki. A poza tym. Percy jest grekiem, więc to odpada.
-No to jak uzdrowił Jasona?- zapytał Leo, który wyciągnął jakieś sprężynki i śruby ze swojego pasa na narzędzia i zaczął znów coś konstruować. Piper zauważyła, że gdy się denerwował musiał czymś zająć ręce.
-Może poprosił o wsparcie swojego ojca. Prosiłam go o to wczoraj, ale przecież mi odmówił.
-Nie.- zaprzeczył twardo Jason.- Nie prosił go o to. On sam tego dokonał.
-No dobra.- zaczął Leo rozglądając się po mesie.- A gdzie jest w ogóle nasz Aquaman?
Wszyscy spojrzeli po sobie i jak jedna drużyna do bejsbolu ruszyła w stronę celu jakim była kajuta Percy'ego.
Annabeth zapukała, ale gdy nie było odpowiedzi weszli do środka. W pokoju nie było Percy'ego. Zaniepokojeni zaczęli się dzielić na grupy aby przeszukać statek.
Piper poszła z Jasonem, Annabeth z Leo, a Frank z Hazel.
-Kiedy od ciebie wyszedł?- zapytała, gdy przeszukiwali puste stajnie.
-Nie wiem dokładnie. Ale chyba tak gdzieś koło piątej.- zamyślił się. -Wyglądał bardzo słabo, gdy się ocknął. Powinienem sprawdzić jak się czuję, zamiast się zajmować sobą.- Piper podeszła do niego ujmując go za oba policzki, aby spojrzał na nią.
-To nie twoja wina. Może Percy jest cały i zdrowy. Może musiał odreagować.-westchnęła smętnie.- A jeśli ktoś może mieć tu poczucie winy, to tylko ja. To ja na niego krzyczałam i zmuszałam, go do czegoś czego nie chciał.- gdy spuściła głowę, Jason niespodziewanie ją pocałował.
-Tak jak powiedziałaś Pipes, nikt nie jest winny.- uśmiechnął się szelmowsko.- Chodźmy zobaczyć jak sobie poradzili pozostali.
Gdy spotkali się już wszyscy na górnym pokładzie każdy miał zawiedzioną minę. Piper nie musiał pytać o wynik poszukiwań, ale i tak to zrobiła.
-I jak?- zapytała z nutą nadziei w głosie.
-Nie ma go na statku.-odpowiedziała Hazel.
-Sprawdziliśmy każdy poziom i wszystkie pomieszczenia, ale go nie znaleźliśmy.- dodał Frank.
-To gdzie on...- nie dokończyła, bo zza burty uniosła się na trzy metry wysoka fala, na której balansował uśmiechnięty od ucha do ucha...
-Percy!- ryknęła z euforią Annabeth. Chłopak dostrzegł ją na pokładzie, a jego uśmiech zrobił się bardziej łobuzerski. Fala zniżyła się do wysokości burty i Percy zeskoczył na pokład. Woda sama spokojnie opadła łącząc się z morzem.
-Cześć.- rzucił tylko do załogi i podszedł do Annabeth. Pochwycił ją z niewiarygodną szybkością w ramiona pochylił do tyłu i pocałował, jak jakiś bohater z romansu.
Leo gwizdną z podziwu i wyszczerzył się z niezłego przedstawienia.
Gdy Percy skończył witać się z Annabeth, ona mrugała niemrawo oczami, jakby się zastanawiała jak się oddycha.
Po chwili się zreflektowała i wymierzyła mu siarczystego liścia w policzek.
Głośny plask dłoni o skórę był od razu zagłuszony przez zaskoczonego chłopaka.
-A to za co?!- złapał się za już czerwony policzek.
-Gdzieś ty był! Zamartwialiśmy cię o ciebie! Szukaliśmy cię od godziny, a ty sobie moczyłeś tyłek w morzu!- Percy uśmiechnął się rozbawiony, ale z lekką czułością na widok wybuchu Annabeth.
-Stary. Gdzie ty zniknąłeś?!- uratował go Jason.
-Musiałem odreagować. No i trochę się zregenerować po nocy.
-Czyli po leczeniu Jasona. Ale jak to zrobiłeś?- spytała Piper. Chłopak przeniósł na nią lekko zirytowany wzrok. Zapewne wciąż pamiętał wczorajszą nieprzyjemną rozmowę.
-Woda ma wiele zastosowań. Przecież często się mówi woda życia i tak dalej. Ostatnio odkryłem, że nie muszę się ograniczać do panowania nad nią, ale do naginania jej do swojej woli.- wzruszył obojętnie ramionami, jakby mówił o czymś nieistotnym, jak skończenie się papieru toaletowego w łazience.
-Ale...- zaczęła Annabeth.- Ale tak nie umiałeś. Skąd...
-Jestem inny.- wszedł jej w słowo.- Od kiedy wróciliśmy z Tartaru zmieniłem się. Zrozumiałem, że nie ograniczają mnie żadne prawa mojego ojca. Nie jestem nim i dobrze.- uśmiechnął się zwycięsko do Jasona.
Piper przez całą naradę w mesie wciąż myślała nad słowami Percy'ego.
,,Jestem inny.'', ,,Od kiedy wróciliśmy z Tartaru zmieniłem się''.
Piper lękała się, że zmiana Percy'ego może być niebezpieczna. Jak to stwierdził, nie obowiązywały go starożytne prawa Bogów, ale może to błąd.
Potęga może być niebezpieczna nawet dla półboga, który wykorzystuje ją w słusznych celach, tak jak ratowanie przyjaciela.
Jednak nie tylko ona miała takie obawy. Annabeth przez całe śniadanie przypatrywała się niepewnie Percy'emu z lękiem w oczach.
Znaczy to, że Piper mogła mieć rację.
Percy mógłby się zmienić.
Być inny.
Ale także mógłby być groźny...dla nich.
Przerobiona wersja rozdziału z ,,Krew Olimpu''. Zamiast samodzielnego wyleczenia się Jasona opisałam swoja historię o Percy'm.
Może się wam podobało.
Może nie.
To mój świat, ale mogą być wasze komentarze... Czekam
Mógłby nawet uspokoić wzburzone morze, ale jego myśli i duch wcale nie miały ochotę być spokojne, nie mówiąc o narzucaniu tego samego stanu morzu.
Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że czuje się jak w więzieniu. Był tutaj między przyjaciółmi, ale miał poczucie, że jest kłamcą i oszustem.
Uważali go wciąż za herosa, bohatera i złotego chłopca, którym na pewno nie był.
Już nie.
Od kiedy wrócił cało z Krainy Wiecznego Potępienia, która powinna zajmować pierwsze miejsce na liście miejsc do zwiedzania na wakacje dla półbogów, czuł się obco w swoim ciele. Oczywiście, gdy przeszedł cały Tartar z Annabeth u boku po woli umierał przez trujące opary, brak wody, jedzenia i do tego, co chwila atakowany przez potwory, ale chodziło o coś innego.
Zdawał sobie sprawę z swojej potęgi. Gdy walczył z wrogiem, kiedy tworzył swoje osobiste huragany, wzniecał sztormy i panował nad hektolitrami burzącej się morskiej wody, czuł się potężny. Ale gdy zapanował nad tą trucizną, którą skierował przeciwko Achlys coś się w nim zmieniło.
Jego postrzeganie co do swoich ograniczeń przestało istnieć. To tak jakby motyl całe życie tkwił w kokonie i w pewnym momencie odkrył, że może go opuścić i żyć całkiem inaczej niż dotychczas.
Woda morska przestała go więzić, ale jednak jedno mu zabierało wolność.
Strach.
Gdy zobaczył przerażenie w oczach Annabeth, gdy zapanował nad czymś z pozoru niedostępnym dla syna pana mórz, jego dziewczyna, prawdziwie się go lękała.
-Hej.- do jego kajuty zajrzała nieśmiało Piper.
Niemal podskoczył zdając sobie sprawę z tego, że tak bardzo się zamyśli, że nie usłyszał głośnego pukania o metalowe drzwi kajuty.
Percy zdziwił się widokiem właśnie jej. Spodziewał się bardziej Annabeth, która od kilu dni sypiała u niego, bojąc się zasnąć samej w nocy, lub nawet Hazel i Franka.
Ale Piper...?
Nie.
-Mogę wejść?- starała się przez większość czasu nie używać czaromowy, ale gdy się denerwowała to niekiedy jej się to nie udawało. Nawet nieświadomie sprawiała innym wiele dezorientacji i przyszłych migren, gdy niechcący magicznie poprosi o podanie soli. Człowiek wtedy nie jest całkiem świadomy tego,co robi, a świadomość, że będzie się to zdarzało często i przez twoją przyjaciółkę, dostatecznie cię już denerwowało.
Percy jeszcze jej się nie przyznał, że na nim jakoś jej magiczny głos przestał działać, ale nie było ku temu okazji.
Miał wrażenie, że jej głos mami innych tylko dlatego, że przypomina śpiew syren, które swoim zwodniczym i pięknym głosem mamiły żeglarzy na pewną zgubę. Percy przez to, że jednak jeszcze jest synem Pana Morza, umiał się temu przeciwstawiać.
-Jasne.- próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu zapewne grymas, na który dziewczyna od razu się zatrzymała na środku pokoju.
-Czemu się do mnie wykrzywiasz?
-A...już nic.- usiadł robiąc miejsce na jego sponiewieranym łóżku. Próbował trochę przygładzić narzutę i poklepał wolne miejsce koło siebie.- Siadaj.
Na pierwszy rzut oka Piper wyglądała na bardzo niepozorną i ładną dziewczynę, ale gdy się czymś martwiła zdawała się poważniejsza, bardziej dostojna. Jej wzrok stawał się zamyślony i skupiony na jakiejś odległej rzeczy przez co jej brwi się ściągały, a wyraziste rysy twarzy stawały się bardziej widoczne. To wszystko przypominało mu o spotkaniu Afrodyty w jej limuzynie. Nie starała się aby dbać o pozory urzekającej, po prostu taka była. Olśniewająca i zachwycająca w swej osobie.
Percy nie mógłby chodzić z taką dziewczyną. Już inteligencja Annabeth zawsze go bardzo krępuję. Za każdy razem boi się coś powiedzieć, a później jeszcze zamartwia się czy nie zrobił jakiejś głupoty, po której zapewne słuchając zdrowego rozsądku by go zostawiła.
Piper przez chwilę bawiła się niebieskim piórkiem harpii, które zdobyła ostatniej nocy. Po czym wciąż niepewnym głosem zaczęła mówić:
-Jason coraz gorzej się czuję.- Percy wstrzymał się od rzucenia ,,wiedziałem'', co było by niegrzeczne w tej sytuacji. Wiadomą rzeczą jest przecież to, że w chwili zagrożenia ukochanej osoby ma się złe myśli i wciąż szuka się sposobu aby ją ocalić.- Nie chcę mnie martwić, ale ja widzę jak cierpi. Czuję to. A... nawet bogini nie mogła go uleczyć. Ja się naprawdę boję.
Spojrzała na niego i Percy dostrzegł w jej szklistych oczach jak ona bardzo przeżywa stan Jasona.
Zawsze gdy zmieniała mu zakrwawiony bandaż była oazą spokoju, a nawet żartowała i zachowywała się tak naturalnie, jakby rozmawiała przy herbatce. Percy podejrzewał wcześniej, że takie zachowanie jest typowe dla dzieci Afrodyty
,,O koniec świata. Usiądźmy przy herbatce i podziwiajmy ten armagedon. A po za tym, co u twojego umierającego chłopaka?'' , ale teraz...
Gdy widział Piper tak przerażoną i zrozpaczoną, że przychodziła do niego- gościa, który niemal zabił jej chłopaka w Kansas.
-Wiem Piper. Ja też się o niego martwię.-widząc jej rozpacz nie mógł starać się jej nie pocieszyć.- Ale Jason to naprawdę twardy facet. Nie da się takiej drobnej przeszkodzie. Zobaczysz.- tym razem dopracował swój pokrzepiający uśmiech, którym raczej by nie przegonił zmartwionej dziewczyny. Jednak siedział tak zamyślony głowiąc się wciąż dlaczego przyszła akurat do niego.
-Może.- potarła załzawione oczy, które lekko jej poczerwieniały.- Ale Percy... Myślałam, że może ty...
-Ja?- zapytał zdziwiony.
-Bo wiesz. Czytałam tyle starożytnych legend z moim tatą, że kilkakrotnie natrafiałam na wzmianki o błogosławieństwie morza.
-O czym?- Piper zdała się jeszcze bardziej załamana niewiedzą Percy'ego.
-Gdy statek zostanie zatopiony przez szalejące morze i jakiemuś szczęśliwcu uda się ujść z życiem, Posejdon niekiedy okazuje mu łaskę. Błogosławi go, a on jakimś cudem lub z jego pomocą znajduje pomoc. Czasem jest to statek, a nawet...- spojrzała mu prosto w oczy- uleczenie ran.
Percy już zrozumiał o co mogło jej chodzić. Nie mógł zapanować nad gniewnym zmarszczeniem brwi. Przyszła tutaj myśląc, że poprosi ojca, który ignorował go tyle czasu o pomoc dla Jasona.
Ale przecież dobrze wiedziała, że takie przysługi najczęściej srogo kosztują. Niekiedy nawet życiem.
Starając się nad sobą zapanować. Percy przeniósł na chwilę wzrok na okno kajuty, które było co chwile atakowane przez silne uderzenia fal zmieniających wodę w gęstą pianę.
Przez kilka minut starając się uspokoić i patrząc na wodę jego zirytowanie niemal go opuściło.
-Piper.- zaczął zmęczonym głosem. Spojrzał na wyczekującą na jego reakcję dziewczynę. Zaciskała kurczowo dłonie na piórku, które nie było już takim ładnym trofeum jak na początku rozmowy.
-Mój ojciec nie odzywał się do mnie od roku. Widziałem go ostatni raz tylko na kilka minut, po czym nie dawał znaku życia.- próbował panować na gniewem w głosie, ale coraz bardziej miał ochotę to wykrzyczeć.
-On mi nie pomoże Piper. Nie obchodził go mój los, gdy miałem amnezję i zwędrowałem na Alaskę, mógł równie dobrze się tym nie przejmować, ale prawie zginąłem. Nie pomógł mi nawet, gdy byłem w Tartarze. Nic z tego Piper. On ma ważniejsze sprawy niż ja i moje zmartwienia.
Dziewczyna spuściła wzrok i siedziała przez moment z zawieszoną głową.
-A może...Gdybyś poprosił. To może...
-Piper.- wstał zbyt gwałtownie niż zamierzał. Dziewczyna podniosła na niego zaszokowany wzrok dziwiąc się jego reakcji. Próbując złapać drżący oddech ściskał mocno pięści, aby przemówić w miarę łagodnym głosem.
-Kiedy spotkałaś matkę, ona ci pomogła w twojej pierwszej wyprawie, a nawet ostatnio. Atena pomagała Annabeth przy pokonaniu przeszkód podążając za Znakiem Ateny. Nawet Jupiter wspierał Jasona na Mount Diablo. A mnie? Posejdon mnie opuścił lub zapomniał, a ja nie mam zamiaru się upominać na siłę. Ma lepszych synów, którzy składają mu śmiertelne ofiary, którzy łupią i zabijają na morzu śródziemnym. Ja go nie obchodzę.
-Czyli co...- zapytała unosząc się gniewnie z miejsca.- Przez swoją dumę dasz umrzeć Jasonowi?
-To nie...
-No co? To nie tak! Odmówiłeś mi, bo ojciec cię nie obchodzi! Ale masz szansę uratować Jasona, a nawet nie chcesz spróbować. Ty...- prychnęła miażdżąc Percy'ego wzrokiem i wyszła.
Na chwilę jeszcze włożyła głowę między zamykające się drzwi.
-Naprawdę cudownie, że chociaż ty wróciłeś cało, prawda? Nikt inny się nie liczy!
Gdy zamknęły się drzwi oddzielające Piper od niego, Percy opadł bezwładnie na łóżko, nagle bardzo zmęczony.
Czuł się jeszcze gorzej niż po wypiciu gorgoniej krwi. Poczucie winy paliło go od środka niczym kwas, a poczucie irytacji jeszcze bardziej się nasiliło.
Wybiegł w nagłym impulsie z kajuty trzaskając za sobą drzwiami, które powtórzyło się echem roznoszącym się dalej w korytarzu.
Percy nie wiedział co robi, ale jego nogi same zaprowadziły go na pokład statku.
Zaczynało się już ściemniać. Pomarańczowe słońce przesłonięte przez parę ciemnych chmur powoli zniżało się, aby niedługo zniknąć przy horyzoncie morza.
Fale się uspokajały, a morze zdawało się zapadać w głęboki sen, uspokajając się w zbliżającej się ciszy nocnej.
Leo stał przy sterach zapatrzony przed siebie przemawiając co chwile do Festusa, który zdawał raporty o sanie statku.
Nie widział nikogo na warcie, więc szybko uciekł do cienia na rufie. Stojąc pod wznoszącym się nad nim masztem skupił się na szumie morza wdychając morską bryzę.
Niech Bogowie go bronią od kolejnego wylądowania w Tartarze, gdzie był oddzielony od królestwa swego ojca.
Nagle znów poczuł nieopisany gniew.
Dlaczego królestwo jego ojca?! On też jest jego synem. On też panuję nad morzem. Zapanował nawet nad trucizną, która nie jest wcale częścią mocy Posejdona.
Nawet on by tego nie mógł. Percy'ego jako herosa nie obowiązywały starożytne zasady. Mógł panować nad czymś czego nawet wielki władca mórz by nie mógł.
Olśniony swym odkryciem zawędrował biegiem pod kajutę Jasona.
Drzwi były zamknięte, a z środka nie dochodziły żadne głosy. Widocznie Piper musiała ochłonąć po rozmowie z Percy'm aby później pokazać się Jasonowi, jako Panna Opanowana.
Westchnął zbierając myśli i karcąc się za swoje głupie pomysły pchnął drzwi do środka.
W pomieszczeniu tak jak u innych było łóżko stojące pod ścianą, a koło niego mała szafka na książki, która uzupełniała się sama od gustu czytelnika. Na podłodze leżał biały puszysty dywan przypominający futro niedźwiedzia polarnego. Pod ścianą stała także szafa na ubrania i półki na broń.
Jason siedział zgarbiony na łóżku zapatrzony w złotą monetę leżącą u niego na otwartej dłoni. Zdawał się, że nie zauważył jeszcze Percy'ego. Myślami był daleko stąd, a jego twarz była widocznie zmartwiona.
Z jego rany co jakiś czas buchał obłoczek dymu, który pachniał niczym przysmażana skóra ryby na oleju.
-Cześć.- powiedział zagłuszając ciszę, na co Jason lekko podskoczył w miejscu. Był zdziwiony tak jak wcześniej Percy, widocznie także spodziewał się kogoś innego.
-Co tu robisz?- zapytał od razu. Percy często się zastanawiał czy też tak brzmiał. Ton głosu Jasona zdradzał o jego przejściach jako dowódcy. W jego postawie zawsze było coś interesującego, co skłaniało do słuchania jego poleceń i rad.
-Była u mnie Piper...- zaczął niepewnie przestępować z nogi na nagę myśląc o rychłej ucieczce i skoczeniu do morza za swoją głupotę. Ale jako wieczny masochista i prawdziwy idiota stał tam wciąż patrząc na coraz to bardziej zdziwionego Jasona.
-Wyznała mi, że się o ciebie zamartwia stary i...
-I...
-I poprosiła mnie o pewną przysługę.- Percy opowiedział o swojej rozmowie. Gdy opowiadał Jason uważnie słuchał w milczeniu, ale jego myśli widocznie już śmigały z prędkością jego błyskawic.
-Naprawdę cię o to poprosiła?- zapytał na koniec.
-Tak.- odparł ostrożnie. Może Jason także miałby teraz znienawidzić Percy'ego za jego postawę i upór do gniew na ojca. Jednak Jason uśmiechnął się smętnie.
-Doceniam, że Piper się stara znaleźć jakiś lek, ale... Nie powinna cię o to prosić.
-Naprawdę?- zapytał zdziwiony. Czekał na krzyki, zrywające się gniewne wiatry, a nawet na ponowne usmażenie błyskawicą, ale Jason poklepał Percy'ego po plecach, niemal po bratersku.
-Jasne.-odparł z uśmiechem. -Ja także nie rozmawiam z ojcem. Jako król Bogów musi jak to on uważa, wiecznie dawać przykład. Przez co jeszcze bardziej mnie unika i nie faworyzuje. Rozumiem co czujesz i sam nigdy bym cię o to nie poprosił.
Percy słuchał w zaszokowaniu i milczeniu. Przez całą podróż od zbombardowania Obozu Jupitera aż do powrotu z Tartaru, Percy i Jason, wciąż ze sobą rywalizowali. Walczyli o przywództwo i wykazanie się w ratowaniu swoich przyjaciół. A teraz po prostu siedzieli u niego w pokoju i gadali w całkowitym zrozumieniu i przyjaźni.
-Dzięki.- wymamrotał wciąż oszołomiony. Jednak po chwili się zreflektował i wyszczerzył się do chłopaka.- Ale nie przyszedłem tu na babskie plotki i piżama party.
-A już myślałem, że zapleciemy warkocze, nałożymy maseczki i teraz pogadamy o dziewczynach.
-Ha ha. Bardzo śmieszne Grace.- dał mu lekkiego kuksańca w ramię, uważając na jego ranę.
-Ale tak na prawdę to mój ojciec nam nie jest potrzebny.-Jason uniósł pytająco jasną brew.
-Nie przyszedłem tu aby mówić o tym, że nie umiem ci pomóc.
-A umiesz?- zastanowił się dogłębniej nad tym pytaniem. Czy umiał?!
Oczywiście, że nie był pewien, ale mógł spróbować. Nie miał zamiaru czekać na łaskę swojego ojca aby ten chociaż wysłał mu zdjęcie z Olimpu. Musiał sam działać i liczyć na własne umiejętności i moce.
Westchnął zamykając oczy na jedną ważną chwilę podejmowania swojej decyzji.
-Tak.
Jason nie pytał i nie dziwił się dlaczego miał się położyć na dywanie i zdjąć bandaż, który i tak niedługo musiałaby zmienić mu Piper.
Rana wyglądała paskudnie. Ciało Jason było niemal przebite na wylot, a z ziejącej dziury pośrodku piersi wypływała ciemna krew, którą cesarskie złoto zabarwiło na podobny kolor.
Percy wielokrotnie widywał takie rany u bogów, ale w ciele półboga było to bardzo niepokojące. Już sam dym, który wydostawał się ze środka niemal dusił Percy'ego i podrażniał oczy.
Przez łzy usiadł koło Jasona, który przypatrywał mu się w milczeniu.
-Mam nadzieję, że wiesz co robisz.- zapytał słabo zamykając oczy.
-Ja też.- mruknął.
Skupił się próbując przywołać stan w jakim się znalazł w Tartarze. Wyobraził sobie, że nie ograniczają go więzy jakimi jest skrępowany Posejdon. On nie jest bogiem, jest Herosem.
Poczuł jak jakiś supeł w jego żołądku tak jak wcześniej rozplata się, ale pozostawia po sobie kłujący ból jakby zadany ostrymi odłamkami szkła.
Poczuł jak przepływająca w nim moc się kumuluje chcąc jak najszybciej się wyrwać.
On też chciałby być wolny!
I wtedy skierował swoje nagrzane od energii dłonie na ranę Jasona. Przez chwilę czuł jakby włożył swoje ciało do ognia, a nadmierna temperatura miała go rozsadzić od środka, ale wtedy zielony promień jego mocy wystrzelił w ranę.
Jason jęknął, ale nie krzyczał. Percy tracił orientację co robi. Przed oczami mu się zamazywało. Czuł tylko i wyłącznie opuszczające go siły.
Zmuszając się do jeszcze większego wysiłku jakim było zachowanie przytomności zobaczył, że to działa.
Rana przestała dymić i powoli zmniejszała swoją powierzchnię, by po sekundzie zniknąć bez śladu.
Jednak energia wciąż go opuszczała, a jego ciało niemal całe wiło się z bólu. Nakazując sobie spokój skupił się jeszcze bardziej na pohamowaniu się.
Pomyślał o przerażonym szarym spojrzeniu Annabeth. Błagający jej ton, aby pamiętał, że nie nad wszystkim można zapanować.
Upadł na podłogę przesłonięty tą wizją.
Obudził się wciąż leżąc twarzą na dywanie, który zostawił mu bolący ślad na policzku. Obok niego siedział Jason, który chyba także odzyskał przytomność. Patrzył w zaszokowaniu na swoją pierś, gdzie nie ziała niczym wypalona kwasem dziura.
Spojrzał ze zdziwieniem na Percy'ego, by po chwili rzucić mu się do szyi i poczochrać mu włosy.
-Stary! To było niesamowite! Udało ci się! Nie wierzę!- wylewała się z niego cała radość, a Percy w tym czasie tkwił w jego dziwnym uścisku. Wyplątał się z niego i posłał mu krzywy uśmieszek.
-Jak mogłeś we mnie nie wierzyć. Zawsze mi się udaje.
Przez chwilę jeszcze Jason mu dziękował, po czym Percy wymknął się z jego kajuty jakby był jego kochankiem po skończonej romantycznej nocy.
Gdy trafił wreszcie do swojego pokoju rzucił się na łóżku w celu zapadnięcia się w niebyt, ale bez powodzenia.
Czuł się jakby błąkał się przez tydzień na pustyni. Był wyczerpany, zmęczony i dziwnie smutny.
Nie wiedział dlaczego Piper dzisiaj nie przyszła do Jasona. Możliwe, że tak ją rozeźlił, że nie umiała się dostatecznie opanować. Już widział jej zmasakrowany pokój przez działanie jej obu broni.
Ale jeszcze dziwniejsze było to, że nie było u niego Annabeth. Może znów zasiedziała się u siebie czytając, albo to ona była uspokajaczem dla Piper.
Chcąc przestać się zamartwiać i uspokoić poszedł do miejsca, do którego od dawna miał ochotę dojść.
Gdy wyszedł na pokład słońce powoli wstawało. Dziwnie się czuł widząc ten widok. Jeszcze chyba tak niedawno widział odwrotną sytuacje, a teraz zaczynał się kolejny męczący dzień.
Westchnął ciężko i wychylił się za burtę. Spojrzał tylko czy nikt go nie widzi i skoczył do wody z błogim uśmieszkiem na twarzy.
***&***
Piper siedziała u siebie w kajucie przez maximum pięć minut po czym wyszła z niej nawet nie zamykając drzwi. Zbyt dużo energii się w niej kłębiło, którą miała ochotę wyładować na pewnym półbogu o glonach zamiast mózgu. Musiała także się bardzo postarać aby nie wykrzyczeć tego wszystkiego Jasonowi i się nie wyżalić, ale to o niego była cała ta awantura. Jednakże jakby uparty i egoistyczny ,,Wodorost'' chciał choćby spróbować pomóc jej i Jasonowi nie byłaby tak rozgniewana.
Nawet nie wiedziała dokąd zamierzała iść, gdy nie weszła do kajuty Annabeth.
Blondynka siedziała na koi, czytając w skupieniu książkę, która była dziwnym trafem po grecku.
Gdy odchrząknęła, Annabeth przeniosła na nią zdziwiony wzrok swoich szarych oczu.
-Piper? Jest...- spojrzała na zegarek. -Trzecia w nocy. Wszystko dobrze?
Piper nie miała pojęcia, że jest tak późno. Nie miała nawet poczucia czasu, gdy się tak zdenerwowała, przez co nawet nie musiała próbować zasnąć. I tak nic z tego by nie wyszło. Jednakże myślała, że przebywała w swoim pokoju góra pięć minut, a tu dowiaduje się, że jednak dłużej wydeptywała ścieżkę na dywanie w swojej kajucie.
Spojrzała na Annabeth nawet nie hamując już swoich lecących jej po policzkach łez.
Podeszła i usiadła koło niej.
Wyżalenie się dziewczynie chłopaka, który był sprawcą jej stanu pomógł Piper lepiej niż najlepsza tabletka uspokajająca.
Annabeth pocieszała co chwila Piper i przytulała ją, gdy ta mocniej szlochała lub gdy miała już wychodzić aby zdzielić Percy'ego. Może robiła to dla niej, albo po prostu ratowała swojego chłopaka przed rychłą śmiercią.
Gdy skończyła już z krzykami, łzami i groźbami pod adresem Percy'ego po prostu siedziała przytulona do Annabeth patrząc na obrazek jej i Percy'ego.
Śmiali się i sobie dokuczali. Percy zabrał jej bejsbolówkę, którą zamierzał wyrzucić do wody, a ona trzymała w dłoni jego długopis.
Piper uznała z góry porażkę Annabeth. Słyszała ponoć, że długopis Percy'ego zawsze po wyrzuceniu trafia znów do jego kieszeni. Jeśli jej bejsbolówka nie umiała powracać w locie jak bumerang, to niestety Percy miał przewagę.
Nawet nie zauważyła jak zamknęły jej się oczy, a otworzyły dopiero, gdy wredne promienie słońca padły jej na twarz.
Wstała z jękiem zahaczając o jeszcze śpiącą Annabeth, której ramie przytulało ją do siebie. Mogło być to nawet zabawne, ale Piper była zbyt zła na siebie.
Przespała całą noc w kajucie Annabeth, choć miała dzisiaj od czwartej wartę. Do tego nie odwiedziła Jasona i nie sprawdziła czy Leo nie zaklinował się o jakiś tłok w maszynowni. Czuła się jeszcze gorzej niż po rozmowie z Percy'm.
Wstała zbyt gwałtownie budząc Annabeth. Tak samo zdziwiona jak wcześniej Piper przetarła zaspane oczy i wstała niepewnie z koi.
Zaklęła patrząc na tarczę zegarka, który pokazywał siódmą rano.
-Nie objęłam...Zaraz.- spojrzała na Piper. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.- Ty też nie objęłaś warty. A ja... Och Bogowie!
Szybko się szykując i próbując się na prędko ogarnąć po dziwnej nocy pobiegły do mesy, gdzie powinno już być śniadanie.
Wpadły do środka nie łapiąc nawet oddechu. Dopiero gdy zobaczyły, że jedzenie zawisło w powietrzu przy ustach ich przyjaciół uspokoiły się.
Hazel jadła swoje owsiane płatki siedząc koło Franka, który studiował mapę Grecji. Leo jadł ostatnio tylko serowe chrupki, od których prawdopodobnie się uzależnił, więc wszystko było w porządku.
-Yyy...- zaczęła Hazel połykając łyżkę owsianki.- Coś was goniło?
-Nie. Tylko...- odezwała się Piper i już miała powiedzieć, że zasnęły na swojej warcie, gdy do mesy wszedł sprężystym krokiem Jason.
Był zdrowy! Tylko to przeszło przez głowę Piper, gdy zaniemówiła na jego widok.
Już nie miał bandaża i wyglądał o niebo lepiej. Jego skóra nie była już tak niezdrowo blada jak dzień temu.
Uśmiechał się promiennie, a jego niebieskie oczy jaśniały jak czyste niebo.
Spojrzał uradowany na Piper, a ona tylko na to czekając rzuciła się mu w ramiona.
-Jason! O Bogowie! Co się stało?! Jak...
-To dzięki Percy'emu.- Piper momentalnie znieruchomiała w jego ramionach.
-C-co?- wyjąkała.
-Nie wiem jak to zrobił, ale mnie wyleczył. Użył swojej mocy i gdy się ocknąłem rana zniknęła.
Wszyscy milczeli zaszokowani, a Piper była na ich czele.
-Jak to możliwe? Przecież on panuje nad wodą. Nie jest uzdrowicielem od Apollina.- powiedział Leo, jakby się zastanawiał dlaczego samochód działa bez paliwa.
-Może jest potomkiem Apollina.- zasugerował Frank.- Przecież się tak zdarza. W Obozie Jupitera jest wiele takich przypadków.
Hazel pokręciła głową.
-Ale nie w przypadku dzieci Wielkiej Trójki. A poza tym. Percy jest grekiem, więc to odpada.
-No to jak uzdrowił Jasona?- zapytał Leo, który wyciągnął jakieś sprężynki i śruby ze swojego pasa na narzędzia i zaczął znów coś konstruować. Piper zauważyła, że gdy się denerwował musiał czymś zająć ręce.
-Może poprosił o wsparcie swojego ojca. Prosiłam go o to wczoraj, ale przecież mi odmówił.
-Nie.- zaprzeczył twardo Jason.- Nie prosił go o to. On sam tego dokonał.
-No dobra.- zaczął Leo rozglądając się po mesie.- A gdzie jest w ogóle nasz Aquaman?
Wszyscy spojrzeli po sobie i jak jedna drużyna do bejsbolu ruszyła w stronę celu jakim była kajuta Percy'ego.
Annabeth zapukała, ale gdy nie było odpowiedzi weszli do środka. W pokoju nie było Percy'ego. Zaniepokojeni zaczęli się dzielić na grupy aby przeszukać statek.
Piper poszła z Jasonem, Annabeth z Leo, a Frank z Hazel.
-Kiedy od ciebie wyszedł?- zapytała, gdy przeszukiwali puste stajnie.
-Nie wiem dokładnie. Ale chyba tak gdzieś koło piątej.- zamyślił się. -Wyglądał bardzo słabo, gdy się ocknął. Powinienem sprawdzić jak się czuję, zamiast się zajmować sobą.- Piper podeszła do niego ujmując go za oba policzki, aby spojrzał na nią.
-To nie twoja wina. Może Percy jest cały i zdrowy. Może musiał odreagować.-westchnęła smętnie.- A jeśli ktoś może mieć tu poczucie winy, to tylko ja. To ja na niego krzyczałam i zmuszałam, go do czegoś czego nie chciał.- gdy spuściła głowę, Jason niespodziewanie ją pocałował.
-Tak jak powiedziałaś Pipes, nikt nie jest winny.- uśmiechnął się szelmowsko.- Chodźmy zobaczyć jak sobie poradzili pozostali.
Gdy spotkali się już wszyscy na górnym pokładzie każdy miał zawiedzioną minę. Piper nie musiał pytać o wynik poszukiwań, ale i tak to zrobiła.
-I jak?- zapytała z nutą nadziei w głosie.
-Nie ma go na statku.-odpowiedziała Hazel.
-Sprawdziliśmy każdy poziom i wszystkie pomieszczenia, ale go nie znaleźliśmy.- dodał Frank.
-To gdzie on...- nie dokończyła, bo zza burty uniosła się na trzy metry wysoka fala, na której balansował uśmiechnięty od ucha do ucha...
-Percy!- ryknęła z euforią Annabeth. Chłopak dostrzegł ją na pokładzie, a jego uśmiech zrobił się bardziej łobuzerski. Fala zniżyła się do wysokości burty i Percy zeskoczył na pokład. Woda sama spokojnie opadła łącząc się z morzem.
-Cześć.- rzucił tylko do załogi i podszedł do Annabeth. Pochwycił ją z niewiarygodną szybkością w ramiona pochylił do tyłu i pocałował, jak jakiś bohater z romansu.
Leo gwizdną z podziwu i wyszczerzył się z niezłego przedstawienia.
Gdy Percy skończył witać się z Annabeth, ona mrugała niemrawo oczami, jakby się zastanawiała jak się oddycha.
Po chwili się zreflektowała i wymierzyła mu siarczystego liścia w policzek.
Głośny plask dłoni o skórę był od razu zagłuszony przez zaskoczonego chłopaka.
-A to za co?!- złapał się za już czerwony policzek.
-Gdzieś ty był! Zamartwialiśmy cię o ciebie! Szukaliśmy cię od godziny, a ty sobie moczyłeś tyłek w morzu!- Percy uśmiechnął się rozbawiony, ale z lekką czułością na widok wybuchu Annabeth.
-Stary. Gdzie ty zniknąłeś?!- uratował go Jason.
-Musiałem odreagować. No i trochę się zregenerować po nocy.
-Czyli po leczeniu Jasona. Ale jak to zrobiłeś?- spytała Piper. Chłopak przeniósł na nią lekko zirytowany wzrok. Zapewne wciąż pamiętał wczorajszą nieprzyjemną rozmowę.
-Woda ma wiele zastosowań. Przecież często się mówi woda życia i tak dalej. Ostatnio odkryłem, że nie muszę się ograniczać do panowania nad nią, ale do naginania jej do swojej woli.- wzruszył obojętnie ramionami, jakby mówił o czymś nieistotnym, jak skończenie się papieru toaletowego w łazience.
-Ale...- zaczęła Annabeth.- Ale tak nie umiałeś. Skąd...
-Jestem inny.- wszedł jej w słowo.- Od kiedy wróciliśmy z Tartaru zmieniłem się. Zrozumiałem, że nie ograniczają mnie żadne prawa mojego ojca. Nie jestem nim i dobrze.- uśmiechnął się zwycięsko do Jasona.
Piper przez całą naradę w mesie wciąż myślała nad słowami Percy'ego.
,,Jestem inny.'', ,,Od kiedy wróciliśmy z Tartaru zmieniłem się''.
Piper lękała się, że zmiana Percy'ego może być niebezpieczna. Jak to stwierdził, nie obowiązywały go starożytne prawa Bogów, ale może to błąd.
Potęga może być niebezpieczna nawet dla półboga, który wykorzystuje ją w słusznych celach, tak jak ratowanie przyjaciela.
Jednak nie tylko ona miała takie obawy. Annabeth przez całe śniadanie przypatrywała się niepewnie Percy'emu z lękiem w oczach.
Znaczy to, że Piper mogła mieć rację.
Percy mógłby się zmienić.
Być inny.
Ale także mógłby być groźny...dla nich.
Przerobiona wersja rozdziału z ,,Krew Olimpu''. Zamiast samodzielnego wyleczenia się Jasona opisałam swoja historię o Percy'm.
Może się wam podobało.
Może nie.
To mój świat, ale mogą być wasze komentarze... Czekam
piątek, 19 czerwca 2015
Witam
To jest mój świat! -Zrozumiano?!
Będę prowadziła go po swojemu i jeśli nie chcecie być jego częścią- to mam to gdzieś.
Jestem cieniem- a żadnych waszych prochów mi nie trzeba.
Jestem Julla LaValle
I to mój świat cieni.
Możesz być jednym z nas, ale na własne porąbane i mroczne ryzyko.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)