Ciemność ogarnęła już całe miasto. Nowy Jork widocznie spał nieświadom tego, że w tym momencie kobieta i dziewczynka uciekają przed śmiercią biegnąc krętymi uliczkami.
Budynki mijane przez nie w pośpiechu wyglądały upiornie w blasku lamp, które przez swoje brudne świetlówki nie dawały rady rozjaśnić im drogi.
Matka dziewczynki była już bardzo zmęczona, ale i tak wzięła dziecko na ramiona. Córka wtuliła się w pierś matki, chowając twarz w jej rudych lokach.
Wiatr smagał ich po bladych twarzach, które zdradzały głębokie przerażenie.
Z oddali słychać było ryki i mrożące krew w żyłach warczenie wygłodniałych bestii, które od dwóch bitych dni szły za ich tropem.
-Bądź dzielna, kochanie.- wysapała matka, czując ciężar swojego sześcioletniego dziecka w ramionach. Dziewczynka zadrżała niekoniecznie z zimna i spojrzała na matkę oczami pełnymi łez.
-Mamo...boję się.- wyszeptała patrząc jej w oczy swoimi- takimi samymi, zielonymi niczym połacie świeżej trawy i równie pełnymi lęku i obaw.
Matka próbując pocieszyć córkę, przytuliła jej wątłe i chude ciałko jeszcze mocniej próbując uśmiechnąć się pokrzepiająco.
-Jesteś odważna Clary. Jesteś Nocną Łowczynią z dumnego rodu Fairchild'ów . Dasz sobie radę, my damy sobie radę.
Gdy przed nimi po woli wyłaniał się z gęstej mgły zarys Instytutu, Jocelyn poczuła ulgę, która uspokajała szargające nią emocje.
Niestety w tym momencie z pobliskiej uliczki wyskoczył demon niemal zagradzając im dalszą drogę.
Stwór zasyczał triumfalnie ciesząc się, że pierwszy dotarł do wyznaczonego celu swoich łowów.
Potwór miał przynajmniej dwa metry długości, a jego ciało wyglądało jakby gniło od wieków w jakiejś zatęchłej norze. Skóra była pokryta pęcherzami, z których buchał odrażający smród i lepki śluz.
Bestia wpatrywała się w swoje ofiary garstką oczu skupionych na głowie rozchylając podwójne szczęki ostrych ociekających jadem zębów.
Jocelyn bardziej zatrwożona obecnością córki niż obawą przed własnym życiem, postawiła dziewczynkę za sobą zasłaniając ją własnym ciałem.
Nie patrząc na córkę tylko mierząc nieugiętym wzrokiem demona syknęła z mocą do dziecka:
-Clary biegnij do Instytutu.
-Nie zostawię cię!- córka zaprzeczyła, ale jej cienki głos wykrzywił strach.
-Clarisso!- warknęła.- Musisz uciekać! Sprowadź pomoc.
Gdy popchnęła ją mocno za siebie niemal przewracając dziewczynka zaczęła się cofać, szukając jakiegoś przejścia.
Wtedy matka wyjęła zza pasa lśniący w mroku sztylet, który wyglądał jakby został zrobiony ze szkła.
Pochyliła się nad nim i wyszeptała
-Za'afiel.- ostrze tak jak rękojeść broni rozświetlił bijący jaskrawy blask.
Zwracając uwagę potwora na sobie dała czas córce aby obeszła bestię i pobiegła po pomoc.
Jednak Clary przerażona widokiem mierzącej się z potworem matki nie posłuchała jej chowając się w cieniu uliczki skąd wyszedł demon.
Jocelyn wprawnie zaczęła dźgać bestię aż po rękojeść sztyletu, który od razu pokrył gęsty i lepki śluz. Niczym nie zrażona nadal atakowała potwora, który właśnie próbował ją zgnieść olbrzymimi mackami, które nagle wyrosły my z tułowia.
Nocna Łowczyni mając tylko tą jedną broń próbowała odcinać macki, ale wciąż pojawiały się nowe. Uniknęła kolejnego ataku podskakując do góry i próbując się wdrapać na plecy demona.
Jednak potwór zaryczał i pacną ją wszystkimi mackami.
Clary krzyknęła widząc jak matka upada w kałuży całkiem nieruchoma. Sztylet, który wcześniej kobieta wbiła w tył głowy demona sczerniał rozsypując się po chwili w proch.
Clary stała trzymając się kurczowo ściany budynku, za którym się chowała patrzyła bezradnie jak stwor sunię po chodniku niczym ślimak do jej nieprzytomnej matki.
Nagle dziewczynka poczuła przejmujący ją nieopisany gniew. Z ataku furii, który w niej rozgorzał wyciągnęła z ukrytej kieszeni w kurtce swoją stele.
Był to jej pierwszy dar na znak, że jest Nocną Łowczynią. Ściskając ją w dłoni sięgnęła ręką do leżący przy śmietniku długi pręt.
Nie miała broni Nefilim, bo każda została zniszczona przez potwory, z którymi stoczyła walkę jej matka, ale mogła ją stworzyć.
Przyłożyła czubek narzędzia do pręta zaczęła rysować znak, który normalnie powinien zabarwiać swoje linie na czarno, ale w jej przypadku na złoto.
W czasie rysowania widziała jak stwór podnosi wciąż nieprzytomną matkę swoją macką na wysokość oczu.
Przyśpieszyła powtarzając narysowany symbol, tak że po chwili pręt rozjarzył się jak wcześniej seraficki sztylet jej matki.
-Został ją!- wydarła się histerycznie wybiegając z swej kryjówki.
Potwór przeniósł na nią połowę swoich oczu z rozbawieniem ,a druga wciąż wpatrywała się zwycięsko w nieprzytomną Jocelyn.
Clary czując moc przesyconego anielskimi znakami prętu w dłoniach rzuciła się na bestię.
Demon wydawał się tak zaskoczony widokiem małej dziewczynki chcącej mierzyć się z zbyt mocnym przeciwnikiem, upuścił Nocną Łowczynie na bruk.
Rozległ się krótki, ale rozchodzący się w ciszy nocnej trzask.
Zdruzgotana tym widokiem Clary jeszcze bardziej niż przed chwilą i niesłychaną zaciekłością zaczęła okładać bestię prętem.
Naznaczona znakami broń wbijała się w cielsko demona z głośnym sykiem i zapachem palonego mięsa.
Potwór próbował ją złapać lub zwalić z nóg, ale dziewczynka wykorzystywała swoją małą i lekką budowę ciała i unikała każdego ataku z gracją baletnicy.
Widząc, że długo tak nie pociągnie, a jej matka potrzebuję pomocy zaszła stwora od tyłu i tak jak wcześniej matka wskoczyła mu na plecy.
Szybko wbiegła mu na głowę wykorzystując jeszcze zaskoczonego tym manewrem potwora wbiła mu aż prawie do końca pręt w jedno z kilku oczu.
Pręt wszedł gładko z nieprzyjemnym odgłosem towarzyszącym z jeszcze bardziej donośniejszym rykiem potwora.
Zaczął się zataczać i wtedy Clary zeskoczyła szybko odwracając się szybko aby zobaczyć opadajace bezwładne cielsko demona.
Tak jak zwykle zaczął się zapadać w sobie zmniejszając swoje ciało tak, że po chwili został tylko pył rozniesiony przez porywisty wiatr.
Dziewczynka stała jeszcze w oszołomieniu wpatrując się w puste miejsce po potworze, którego sama zabiła i odesłała z tego świata.
Czuła okropne zmęczenie i zadrapania od kolców z macek demona, ale to był nic w porównaniu z jej matką.
Jocelyn leżała nieruchomo na chodniku z twarzą zasłoniętą przez rude poplątane włosy, które zawsze przykuwały uwagę.
Kiedyś piękne, a teraz splamione gęstą i ciemną krwią sączącą się z rany na głowie, wyglądały jak śmiercionośne i przerażające płomienie.
Clary ze łzami w oczach chwyciła dzielnie matkę zakładając sobie jej rękę przez głowę, zaczęła ciągnąć jej bezwładne ciało w kierunku Instytutu.
Czując ból w całym ciele od demonicznej posoki przygniatana przez ciężar matki wciąż dzielnie niosła ją przez noc.
,,Jesteś odważna Clary. Jesteś Nocną Łowczynią z dumnego rodu Fairchild'ów . Dasz sobie radę, my damy sobie radę.''
Głos matki rozbrzmiewał jej w głowie dając motywację i siłę.
Gdy dotarła do bramy kopnęła ją brutalnie nogą nie mając czasu na otwieranie rękami, które teraz podtrzymywały matkę przed upadkiem.
Wchodząc i ciężko dysząc po schodach zostawiając na nich krwawe ślady dotarła do upragnionych przez jej matkę drzwi Instytutu.
Zaczęła w nie walić czując ciepłe łzy spływające jej po policzkach.
Zniecierpliwiona i coraz bardziej zaniepokojona bladością matki przyłożyła zakrwawioną, zadrapaną i lekko powypalaną od posoki demona dłoń do powierzchni drzwi szepnęła z mocą;
-W imię Anioła, ja jedna z Nefilim proszę o pozwolenie na wejście do świątyni...
Nie skończyła, bo drzwi się uchyliły z głośnym i niemiłym dla uszu skrzypnięciem.
Wciągnęła matkę do środka kładąc jej czerwone od krwi i blade ciało na posadzce i zamykając ciężkie wrota.
Uklękła szybko przy matce czując, że znów lecą jej łzy przesłaniając widok.
Nie wiedziała ile czasu zajmie pozostałym Nocnym Łowcą z Instytutu na dotarcie tutaj. Widziała w oddali windę, która wciąż nieczynna nie wróżyła, że są blisko.
Czując ogarniający ją lęk, wzięła się w garść pamiętając słowa matki.
Wyciągnęła ponownie stelę i przyłożyła ją delikatnie do ramienia Jocelyn.
Rysując podstawowy i tak znany jej pierwszy znak intraze poczuła jeszcze większe przerażenie niż dotychczas.
Czarny jak atrament symbol stworzony z cienkich linii po prostu się wchłoną niczym w gąbkę a także w skórę jej matki.
Próbując kolejny raz i jeszcze kolnej rzuciła stelę w dal czując frustracje i cisnące jej się do oczu świeże łzy.
-Mamo- wyszeptała błagalnie.- Proszę... Nie, nie zostawiaj mnie.
Przyłożyła rękę do szyi matki próbując wyczuć puls, ale poczuła tylko lekkie trzepotanie świadczące, że matka jeszcze żyje.- jeszcze.
-Proszę.- uniosła głowę słysząc szum wydobywający się z uruchomionej windy.
-Zaraz przyjdzie pomoc. Mamo słyszysz, zaraz nam pomogą. Mamo!- nagle oczy matki otworzyły się szybko zaskakując Clary. Wciąż miała przyłożoną dłoń do jej szyi i czułą jak puls wciąż słabnie. Kałuża krwi otoczyła je obie mocząc ich ubrania i zostawiając szkarłatne ślady na białej posadzce.
-Clary...- szepnęła mocnym głosem ,ale nie patrzyła na córkę. Jej intensywny zielony kolor oczu przygasł, a sama wpatrywała się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Clary chwyciła ją za rękę drugą dłonią i pochylając się bardziej nad twarzą matki.
-Mamo. Jestem tu...- głos jej się łamał, ale Jocelyn mówiła wciąż z pewnością i mocą.
-Bądź silna Clary. Musisz być zawsze silna i dzielna. Będziesz największą i najdzielniejszą Nocną Łowczynią w historii. Nie okazuj uczuć i przerażenia, dziecko.- z jej ust trysnęła krew. Matka zamilkła zachłystając się własną krwią i walcząc o powietrze.
-Masz być...dzielna.- znieruchomiała z otwartymi oczami. Clary nie wyczuwała już nic pod przyłożonymi palcami pod szyją matki.
Klatka piersiowa matki się nie poruszała. Krew wciąż plamiła posadzkę otaczając ją powiększającym się szkarłatnym kręgiem.
Clary wpatrywała się w bezruchu w martwą matkę czując się pusta w środku.
-,,Ave atque vale''- żegnaj matko.- zamknęła jej oczy delikatnie muskając jej powieki.
,,Bądź silna Clary. Musisz być zawsze silna i dzielna. Będziesz największą
i najdzielniejszą Nocną Łowczynią w historii. Nie okazuj uczuć i
przerażenia, dziecko.''
,,Masz być...dzielna.''
Słysząc wciąż słowa matki, pohamowała łzy i schowała cały żal i gniew w sercu nie pokazując go światu.
Czuła, że jej serce krwawi, a twarz zastyga w beznamiętnej masce.
Nawet gdy winda się otworzyła i stanęli przed nią zaszokowani Nocni Łowcy pełni litości i współczucia dla małej dziewczynki kucającej przed swoją martwą matką ona podniosłą się i dumnie uniosła brodę.
-Moja matka nie żyję i nie mam nikogo. -kobieta o orlich rysach twarzy i niebieskich współczujących oczach wyciągnęła do niej dłoń.
-Choć dziecko...-zaczęła łagodnie.
-Nie jestem dzieckiem.- weszła jej w słowo. Zaszokowana kobieta spojrzała na mężczyznę, który stał koło niej i miał tak samo kruczoczarne włosy i poważne, harde rysy jak ona.
Koło niech stały także dzieci w wieku Clary lub starsze.
Dwójka- zapewne brat i siostra byli kopiami rodziców. Czarne włosy, dziewczynka z ciemnymi oczami po ojcu, a chłopak z niebieskimi po matce, stali za rodzicami.
Koło nich z boku stał jeszcze jeden chłopak. O anielskiej urodzie, na której widok ścisnęło się serce Clary, ale nie pokazała tego po sobie.
Jego włosy były złote, a oczy tego samego kolory przypominały płynny miód. Stał i spoglądał zaintrygowany, a nie przerażony na Clary, która znów przeniosła wzrok na kobietę.
-Nie jestem dzieckiem. Już nie...- dokończyła.
-Jestem Nocnym Łowcą jak wy i mam prawo do schronienia w tym Instytucie.
-Oczywiście.- zapewnił mężczyzna.
-Kochanie...- zaczęła spokojnie kobieta niezrażona, że Clary skrzywiła się przy słowie kochanie.
-Przyszłyście tutaj szukając schronienia i pomocy?
Clary przytaknęła.
-Po drodze ktoś na was napadł?
-Demon.- odpowiedziała trzymając się słowa danemu matce. Próbowała zachować kamienną twarz i twardo patrzyła tej kobiecie w oczy.
-Zaatakował nas. Moja matka walczyła z nim, każąc mi uciekać, ale ja zostałam. Pokonał ją, a wtedy ja posłałam to bydle do jego plugawego wymiaru.- wszyscy się wzdrygnęli na wyczuwalną nienawiść w jej głosie.
Wiedziała co widzą mała dziewczynkę, która straciła właśnie matkę i sama walczyła z wielkim demonem. -
I wygrała.
Kobieta popatrzyła na mężczyznę, który zapewne był jej mężem i przekazała mu coś bez słowa.
Potem spojrzała na Clary i znów wyciągnęła do niej dłoń.
-Choć dzie... kochanie. Pomożemy ci, ale musisz nam zaufać.
Clary wahając się i co chwila spoglądając na leżące u jej stóp ciało matki, chwyciła po namyśle wyciągniętą dłoń kobiety.
-Nie ufam wam.- powiedziała z mocą.- Ale potrzebuję waszej pomocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz