Nico miał dość, a jego dzisiejszy dzień niewątpliwe zaczął się jeszcze bardziej tragicznie niż zwykle.
Nie pasował do radosnej atmosfery Obozu Herosów, który był bezpiecznym miejscem i ostoją dla wszystkich greckich herosów, którzy nie mogliby normalnie przetrwać w świecie śmiertelników.
Każdego półboga od chwili poznania prawdy, aż do skończenia określonego wieku, gdzieś tak trzynastu lat, zaczynały ścigać potwory. Miały jeden cel. Po prostu cię zabić.
Wtedy wkraczały wyznaczone grupy ratunkowe lub opiekun, którym był przydzielony satyr.
Wyjaśniali pochodzenie takiej osoby i obiecywali pomoc i nowy dom.
Tak jasne!
Od kiedy Nico dowiedział się, że jest jednym ze złamanych zakazów ojca- pomyłką, czuł, że nie pasuje do innych. Wszyscy byli szczęśliwi prowadzili własne życie, mierzyli się z problemami, wyruszali na misje, zakochiwali się...Ale on? Nie.
Został odrzucony przez większość obozowiczów. Wciąż widzą w nim zagrożenie i niebezpieczeństwo jak bogowie. Gdyby mogli powtórzyli by ich naradę czy dla bezpieczeństwa nie lepiej go zabić.
Przechodził właśnie przy domku Ateny widząc już zarys pawilonu jadalnego, który był jego celem od paru męczących minut, gdy usłyszał alarm.
Wszyscy jak na komendę zebrali się przed swoimi domkami szykując uzbrojenie i próbując rozeznać się w sytuacji.
Nico jako, że był jedynym z zakazanych dzieci, a także synem Hadesa, nie miał żadnego rodzeństwa, więc szybko pobiegł na wzgórze, gdzie już zbiegały się tłumy półbogów.
Gdy biegł wiatr mierzwił jego ciemne włosy, które wpadały mu do oczu. Nie miał czasu ich co chwila odgarniać, wiedząc dobrze, że wiatr sam będzie to za niego robił.
Jego lotnicza kurtka nadymała się od powietrza, a przywieszony do pasa czarny miecz ze stygijskiego żelaza obijał mu się o biodro, jakby dawał o sobie znać.
Gdy dotarł na miejsce, którym okazało się wzgórze, gdzie rosła sosna Talii, Nico przeżył szok.
Bariera dzieląca Obóz ze światem śmiertelników, była atakowana przez groźnie wyglądające fioletowe i niebieskie błyskawice i promienie.
Za niewidzialną kopułą już ustawiały się hordy potworów, które nawoływały patrzących, aby do nich zeszli na obiad. Podejrzewał, że raczej nikt się nie skusi.
Nico dostrzegł piekielne ogary, które raz po raz próbowały przebiec na terytorium Obozu, cyklopów, którzy swoimi wielkimi maczugami walili w barierę jakby próbowały przebić oporne szkło, empuzy zaczęły co chwila przez przeszkodę mieszać w głowach chłopaków. Ale bariera jeszcze trzymała.
Nie dostrzegł już więcej szczegółów, bo jedyna granica oddzielająca krwiożerczą i rozjuszoną armię potworów od całkowicie zdumionych i nieprzygotowanych do walki półbogów pękła niczym cieniuteńka błona, wpuszczając ze sobą powiew śmierci i okrzyk bojowy.
Herosi otrząsnęli się błyskawicznie i tak jak Nico natychmiast wyciągnęli broń i ruszyli do ataku rozstawiając się na stanowiskach, strzelając z łuków, dźgając mieczami i niszcząc w proch wrogą armię.
Nico właśnie zniszczył kolejną empuzę, gdy koło głowy przeleciała mu strzała, która utkwiła centralnie w czole cyklopa, przebijając mu oko i zmieniając w pył.
Skiną z wdzięcznością Chejronowi-centaurowi, który już nakładał na cięciwę łuku kolejną morderczą strzałę, która wypuszczona przebiła z finezją kolejnego potwora.
Po kilku minutach, które mogły być nawet godzinami, wrogowie zdołali zmusić półbogów do odwrotu w stronę lasu, zbliżając się coraz bardziej do wybrzeża.
Było coraz więcej poległych i rannych herosów, których trzeba było chronić przed atakiem.
Nico miał już poważną ranę, którą zostawił po sobie sfinks, przebijając mu pazurami na wylot ramię. Stracił dużo krwi i czuł się coraz słabiej, ale nie mógł się poddać. Dostrzegł z boku walczącą grupową domu Ateny, Annabeth, która właśnie odpierała atak jakiegoś potwora o trzech ciałach.
Jej morderczy sztylet zostawiał w nim głębokie rany, ale równie dobrze mogła by dźgać worek z sianem. Potwór nic sobie nie robiąc i zanosząc się śmiechem zapędzał dziewczynę do linii brzegu.
Chejronowi skończyły się strzały i walczył już mieczem, co widocznie nie napawało go radością. Nico tracił już nadzieję na wygraną w tej walce, a jego dobre założenia rozwiały się gdy na zboczu góry dostrzegł giganta.
Był po pierwsze ogromny i bardzo bardzo brzydki. Jego twarz jak i cała skóra były zielone niczym świeży groszek, który jednak trochę zbyt długo poleżał na słońcu. Jego smocze nogi były pokryte grubymi łuskami, których chyba nawet najostrzejszy miecz z niebiańskiego spiżu by nie przeciął. W jego długie poplątane w rodzaj dredów włosy były powpinane muszle, wodorosty, ale także szczątki pogiętych mieczy.
Dopiero po chwili Nico zrozumiał, że zielone niczym wodorosty dredy to naprawdę małe węże.
Gdy przynajmniej pięciometrowy olbrzym zaczął pokonywać jeden po drugim herosów swoim wielkim trójzębem, Nico rozpoznał go.
Uniósł odważnie swój miecz do góry, aby promienie słońca rzuciły blask na czarny metal i zwróciły uwagę wroga.
-Polybotesie!- ryknął starając się aby głos nie zdradził jego strachu. Gigant zwrócił na niego uwagę, co Nico mógł uznać za udaną misję, ale gdy uśmiechnął się do niego diabelnie, widząc zapewne swoją kolejną ofiarę Nico stracił odwagę.
-Ha!-ryknął, a jego głos dziwnie przyniósł po sobie ciszę. Wszyscy przestali walczyć. Herosi stłoczeni w szyku obronnym przy Chejronie bronili się ostatkiem sił przy linii brzegu, ale potwory teraz czekały.
Nie spoglądały na swój łatwy cel, lecz oglądały zaciekawione scenę pomiędzy swoim panem, a Nickiem.
-Nie jesteś synem Posejdona, chłopaczku. Nie zamierzam dawać ci zaszczytu walki ze mną. Moja armia rozszarpię cię na strzępy ku uciesze mojej pani, a twoi przyjaciele będą następni.- potwory zasyczały ze śmiechem, oczekując na sygnał giganta.
Nico dostrzegł szansę na danie więcej czasu pozostałym herosom.
Uniósł dumnie głowę i wypiął pierś.
-To ty nie będziesz miał zaszczytu walczyć ze mną! Nawet bym nie chciał zmienić twój nic nie warty zgniły tyłek w proch.
-Co?- gigant zdezorientowany wpatrywał się w Nica, jakby sam zrobił się zielony.
-Jestem Polybotesem! Anty-Posejdonem! Stworzony aby zagarnąć królestwo starego Wodorosta ku uciesze mojej matki Gai. Walczyłem i zabijałem jednym zgnieceniem takich małych herosków jak ty.
I masz czelność mi mówić, że jesteś coś wart?!- zaśmiał się tubalnie, a potwory mu zawtórowały.
Na szczęście jak przewidział Nico zwrócił na siebie uwagę dając więcej czasu pozostałym. Armia zaczęła tworzyć spory krąg chcąc oglądać dalszy ciąg przedstawienia.
-Tak.- odkrzyknął. -Jestem synem Hadesa! Ty marny gigancie jesteś stworzony aby pokonać dziecko boga morza. Ja nim nie jestem! Jestem panem umarłych i zastępcą Króla Podziemia. Co możesz zrobić w walce z moją potęgą? Tutaj twoje wodorosty i wodne trucizny mnie nie dosięgną!- widział chwilowe zmieszanie na twarzy swojego wroga, który widocznie nie mógł naparzyć się na tupet Nica lub był zbyt zaszokowany jego postawą wobec potężniejszego przeciwnika.
-Zmiażdżę cię chłopaczku i staniesz w królestwie swego ojca jako jeden z duchów, których niby jesteś władcą.- uśmiechnął się podchodząc bliżej.- Moja pani nie chcę ciebie ani twoich marnych przyjaciół.
-To dlaczego zaatakowaliście nasz Obóz, skoro nic dla was nie znaczymy?- zapytał czując coraz to większy gniew. Gigant przystanął patrząc gdzieś za Nickiem.
-Mieliśmy nadzieję, że go zwabimy.- powiedział półgłosem.
-Kogo?- nie otrzymał odpowiedzi, bo woda za jego przyjaciółmi zmieniła się w dwie potężne niczym tsunami fale omijając ich bezpiecznie i zmywając każdego zaszokowanego potwora z powrotem do wody.
Został tylko gigant, Nico i jego przyjaciele, którzy nawet nie zostali zmoczeni.
Wroga armia została zmieniona w jeden wielki brudny ściek pyłu, który jeszcze przed chwilą unosił się na powierzchni.
Po chwili z wody wystrzelił w smudze zielonego światła jakiś chłopak. Wylądował przed Nickiem zasłaniając go ciałem przed Polybotesem.
Odkręcił się tylko na chwilę do niego, a wtedy doznał szoku.
Był najprzystojniejszym chłopakiem jakiego kiedykolwiek widział. Miał cudowną twarz z uwydatnionymi kośćmi policzkowymi, zarysem szczęki, ale przede wszystkim niesamowicie zielonymi oczami. Przypominały morzę, a wyglądały tak jakby zamknął w nich kawałek oceanu. Uśmiechał się promiennie z rozbawionym i zdeterminowanym błyskiem w oku, a jego kruczoczarne włosy mierzwił wiatr.
-Lepiej idź do reszty.- odezwał się zniewalającym głosem, a gdy to zrobił Nica ogarnęła morska bryza połączona z mocnym zapachem mięty i czymś jeszcze czego nie mógł opisać.
Chłopak odwrócił się do giganta i podszedł do niego wyciągając z kieszeni skórzanej czarnej kurtki długopis, który po chwili zamienił się w obusieczny miecz z niebiańskiego spiżu.
Szedł pewnym i sprężystym krokiem wyrafinowanego szermierza, a Polybotes cofnął się nieznacznie z obawą w oczach.
-No no. Ile musiałeś wysłać potworów, by zwrócić moją uwagę Polybotesie?- odezwał się rozbawiony do giganta.Wymachiwał niechlujnie mieczem w obie strony, ale widać było gotowość do walki w jego postawie ciała, która niby rozluźniona, była lekko napięta.
-Naprawę? Czy musiałeś wysyłać całą tą armię na niewinny Obozik, zamiast wysłać mi list z zaproszeniem?- gigant zaniemówił, ale po chwili zreflektował się chwytając mocniej trójząb w obie dłonie.
-Perseuszu.- to imię potoczyło się między herosami wywołując zdziwienia i zaszokowania. Nawet Chejron wpatrywał się w przybysza jakby przypominał swojego imiennika z dawnych mitów.
- Moja pani chcę cię widzieć.
-Ale ja nie mam ochoty. Nie zniosę kolejnego jej widoku. A poza tym nie stać ją na moje towarzystwo. Podobnie jak ty może sobie iść do Tartaru.- ostatnią groźbę niemal wysyczał niczym chmara węży na głowie giganta.
-Zmuszę cię do pójścia ze mną.- powiedział to jednak z niepewnością w głosie. Perseusz uśmiechnął się groźnie, a wyglądał wtedy jak drapieżnik czekający na polowanie.
-Możesz próbować.
Skoczyli do siebie w niecałą sekundę i już po chwili ich bronie się zderzyły stwarzając zielone iskry. Perseusz niemal tanecznie i bez wysiłku unikał ataków i ciosów Polybotesa, a ten próbował go przeszyć, spryskać trucizną, schwytać w sieć, ale chłopak był za szybki.
Po kilku źle wycelowanych pchnięciach, Perseusz potoczył się pod nogami giganta, strącając go na ziemię i przykładając ostrze miecza do jego szyi.
-Możesz powiedzieć swojej pani, że już nigdy nie będę jej służył.- po tych słowach gigant rozwiał się w pył z towarzyszącym mu z tym krzykiem.
Przez chwilę było potwornie cicho. Nikt się nie odzywał, a nawet nie ruszał. Wszyscy stali zamurowani czekając w napięciu na odrodzenie się nieśmiertelnego giganta, ale ten nie powracał. Pył rozwiał wiatr, ale on sam się nie odrodził.
Wtedy Perseusz wyprostował się chowając miecz i spoglądając na zaszokowanych herosów z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
-No witam.- powiedział przypatrując się wszystkim intensywnie.- Nie tak wyobrażałem sobie dołączenie do tego Obozu, ale chyba nie obrazicie się na mnie, że zabrałem wam okazję do zabawy.
-Co?- wykrztusił Nico. Chłopak spojrzał na niego z rozbawianiem chowając niedbale dłonie do kieszeni.
-Przecież sprzątnąłem wam przed nosem całkiem niezłe potwory. Zapewne sami nieźle się bawiliście z zabijaniem ich, ale głównie to oni chcieli mnie.
-Ale dlaczego?- z grupki wyszła Annabeth. Była cała po mimo kilku nieładnie wyglądających ran na ramionach.- Dlaczego oni chcieli ciebie i przez to zaatakowali nas!?
Chłopak westchnął z lekkim znużeniem i zaczął się przybliżać do dziewczyny. Annabeth trzymała dłoń na rękojeści sztyletu, ale Perseusz widocznie się tym nie przejmował.
-Chcieli mnie zwabić, wtedy pojmać i dostarczyć swojej pani.
-Dlaczego? O co w tym wszystkim chodzi? I kim jest tak ich Pani?- pytania wypływały z ust Annabeth, a Nico wcale się nie dziwił. Miał ich jeszcze więcej w zanadrzu.
Perseusz uśmiechnął się smętnie.
-Tak mądra córka Ateny powinna wiedzieć.- Annabeth się cofnęła, a z tłumu wystąpił Chejron.
-Przełóżmy na później te rozmowy.- skierował swój nieznoszący sprzeciwu wzrok na Perseusza, który wciąż wpatrywał się w zdziwioną twarz Annabeth.- Mamy dużo rannych, tak jak i poległych. Niech każdy z przydzielonym zadaniem pomaga jak może. Rozejść się!- westchnął zmęczony, a wtedy wyglądał na o wiele starszego niż zwykle.
Gdy większość została odesłana do pomagania przy zmarłych lub do pomocy rannym, na polu bitwy zostało tylko paru grupowych domków, Chejron i Perseusz.
Nimfy tak jak i satyrowie próbowali naprawić zniszczenia po bitwie. Niektóre drzewa były przypalone, trawa została spalona przez trucizny, a natura była niespokojna.
Przez dobre kilka minut nikt się nie odezwał. Perseusz i Chejron wpatrywali się w siebie nieufnie, próbując dostrzec jakieś zagrożenie.
Annabeth opatrywała jednego z braci Hood, który miał skręconą kostkę i nie chciał iść do obozowego szpitala. Jego brat wciąż mówił, że jego noga sinieje i zapewne ją amputują podczas gdy córka Ateny próbowała bandażować mu nogę.
Silena, grupowa domu Afrodyty, stała przy Charlie'm synu Hefajstosa, z którym obecnie chodziła i rozmawiała z nim przyciszonym głosem. Clarisse grupowa domu Aresa trzymała wciąż swój ognisto czerwony miecz w dłoni nie zdejmując także swojego hełmu z łbem dzika, przez co Nico nie mógł ocenić jej nastawienia.
Był także Will Solace, który tylko na chwilę przyszedł przekazać informacje o stanie rannych. Musiał po tym szybko wracać aby pokierować dalej swoje rodzeństwo z domku Apollina.
Niezręczną ciszę przerwał wreszcie Nico.
-Perseuszu...
-Percy.-odparł szybko chłopak wchodząc mu w słowo.
-Co?
-Nie nazywaj mnie Perseuszem.- odparł sucho.-Tak się do mnie najczęściej zwracała matka, później ojciec, a teraz moi wrogowie. Więc nie zwracaj się tak do mnie.- wytłumaczył z zacięciem na twarzy.
Nico wytarł lekko spocone dłonie o wierzch spodni próbując się uspokoić.
Wszystko w tym chłopaku niemal krzyczało ,,Uciekaj przed mną, jestem zbyt groźny dla ciebie'', a Nico stał o wiele za blisko i do tego chciał rozmawiać.
-A więc Percy...Dlaczego koś wysłał za tobą całą armię potworów na czele z gigantem?
-Za nim? -odezwała się oburzona Clarisse zdejmując z głowy swój hełm i rzucając go na ziemie.- Te potwory zaatakowały nas! I to przez niego! Niech się zacznie tłumaczyć, zamiast stojąc tu jak jakiś bóg!
-Clarisse!- skarcił ją Chejron. Nico podejrzewał o co może chodzić centaurowi.
Żaden półbóg a nawet bóg nie byłby w stanie zabić giganta samemu. Jedynym sposobem jest współpraca herosa i boga, a w ostateczności mógł go pokonać ktoś o wiele bardziej potężniejszy od niego. Ale ktoś kto stoi nad gigantem jest na równy z siłami pierwotnymi. Takimi jak Gaja, Uranos i Tartarus.
Chejron odczytując jego nieme pytanie przytaknął lekko głową.
-Może być kim tam sobie chce, ale jest nam winien wyjaśnienia. W tej bitwie zginęli nasi ludzie! Nie będę się prosić. Wyduszę z niego to co chcę wiedzieć, by jak najszybciej wrócić do pomocy przy rannych.- zwróciła się do Percy'ego.
-Kim do Hadesu jesteś!?- warknęła.
Chłopak przeniósł na nią leniwe spojrzenie. Mógł stwarzać pozory spokojnego i niegroźnego, ale jego całe ciało niemal naprężało się niczym gepard do biegu lub skoku. Nico miał nadzieję, że ani do jednego i drugiego.
Jego oczy krzyżowały się z morderczym spojrzeniem Clarisse, ale po chwili uśmiechnął się szelmowsko do dziewczyny.
-Jesteś taka sama jak twój ojciec, córko Aresa.- nawet Clarisse nie ukryła zmieszania.
-Skąd wiesz kto jest moim ojcem!
-Jesteś taka jak on. Porywcza, impulsywnie głupia, ale... wierna do swoich ludzi.- wpatrywał się w nią nieprzeniknionym wzrokiem, pod którym nawet ona się ugięła. Jej wyraz twarzy lekko złagodniał i puściła luźno dłoń, która była jeszcze przed chwilą gotowa do chwycenia za miecz.
-Czyli przysłali cię bogowie?- zapytał nieśmiało Beckendorf, który trzymał Silenie za rękę dla dodania odwagi.
Percy popatrzył krzywo na ich złączone dłonie i uśmiechnął się równie podobnie.
-Można tak powiedzieć, ale nie określiłbym tego jako przysłali. Nikt mnie nie przysyła, bo nie ma nade mną władzy. Ale coś w tym stylu.
-Rozmawiałeś z nimi? Wszystkimi?- zapytał zdziwiony Nico.
Nie było jeszcze odpowiedniego momentu na naradę bogów. Przesilenie wiosenne jest jednym z takich terminów, a ono wypadało prawie za miesiąc.
Jeśli w takiej sytuacji bogowie musieli obradować to znaczyć mogło tylko jedno
-Coś się dzieję. Coś niedobrego.- zobaczył potwierdzenie swoich słów w poważnych i nieprzeniknionych zielonych oczach Percy'ego.
-Bogowie, jak już pewnie zauważyliście, zostali wezwani na moją prośbę...
-Na twoją prośbę?!- zauważył Travis Hood, którego noga wyglądała teraz jak biała maczuga. Opierał się o brata, ale nie brak mu było energii w piskliwym głosie.
-Tak.- odparł wzruszając obojętnie oczami, jakby powiedział coś zwyczajnego jak ,,Idę na zakupy'', ,,Idę do klopa'', ,,Kończy się świat''.- Ale to spotkanie nie dotyczyło tylko Olimpijczyków. To było pierwsze zebranie Bogów jak i pomniejszych bóstw.
W tym momencie liczący sobie wiele tysiącleci centaur, który nauczał wszystkich sławnych herosów mitycznego świata niemal jęknął z wrażenia.
Percy pokiwał głową wiedząc co sobie teraz może myśleć.
-Nie zdarzyło się to od czasu pierwszej wojny z gigantami i ona znów nadchodzi.-spojrzał każdemu w oczy, najdłużej zostając przy Nicku jakby czekając na jego zaprzeczenie.- Polybotesa już poznaliście. Jest
Any- Posejdonem, czyli został stworzony do zabicia mojego ojca i przejęcia jego królestwa.
-Twojego ojca?! Czyli, że jesteś herosem?!- zapytała zaszokowana Annabeth.
Percy wyglądał na już bardzo zirytowanego. Widocznie nie przepadał, że każdy mu przeszkadza. Ale gdy spojrzał w zaszokowane jego osobą szare oczy córki Ateny, jego mina ledwie dostrzegalnie złagodniała.
-Już nie. Ale kiedyś byłem jego chlubą jako heros. Służyłem w jego pałacu jako dowódca jego armii.- jego wzrok przez chwilę był bardzo odległy wspominając dawne czasy.- Teraz nie jestem już tylko półbogiem.
Uśmiechnął się łobuzersko. Nico podejrzewał, że jak Percy chodził do szkoły to każdy nauczyciel na jego widok od razu mówił ,,Nawet o tym nie myśl''. Był urodzonym awanturnikiem, jak sądził i szło mu coraz lepiej.
-Jak to już nie jesteś tylko półbogiem?- dopytywała się dziewczyna. -Zostałeś bogiem?
-Niezupełnie.- odparł wzdychając.- Nawet Bogowie nie wiedzą kim jestem. Zostałem kimś z kim nigdy nie mieli styczności i się mnie obawiają, ale nie mają wyboru. Albo mi ufają, albo nie.
Wszyscy patrzyli na Percy'ego tak jak kiedyś na Nica. Próbowali przejrzeć go na wylot. Doszukać się różnic między zwyczajnymi herosami i go ocenić, najlepiej srogo.
-Czyli, że nadchodzi wojna.- wykrztusił przerażony Connor Hood.
-I bogowie obradują jak ją zażegnać?- dodał jego brat.
-Nie jak ją zażegnać. Tylko jak ją wygrać.-sprostował Percy. -Wojna już się zaczęła. Możecie przecież sami to stwierdzić. Wroga armia na czele z gigantem prawie zniszczyła wasz Obóz.
-Myślałam, że to z twojej winy.- mimo iż Clarisse się uspokoiła, nie zapanowała do końca nad nutką jadu w głosie. Percy uniósł na to tylko ciemną brew i podszedł nieznacznie do niej.
-Myślisz, że bardzo się przejęli tym, że mogli was wszystkich zabić? Myślisz, że nie ucieszył ich fakt, że przy zwabieniu mnie do pomocy wam, mogli by trochę się z wami pobawić.- zmrużył swoje zielone wzburzone teraz oczy.- Gaja nie zna litości i zniszczy cały świat ku uciesze swoich synów i potworów, które wydostaną się wkrótce z Tartaru na ziemię.
-Dlaczego chce ciebie.- zapytała cicho Silena, jakby nie dostrzegała tej chwili grozy jaką zbudował Percy. Nawet Chejron sposępniał nie odzywając się ani słowem, zanurzony w swoich czarnych rozmyślaniach.
Ale córka Afrodyty z odwagą i bez najmniejszego skrępowania patrzyła w szalejący w oczach Percy'ego sztorm.
-Słucham?
-Dlaczego akurat chcą ciebie. Gigant powiedział, że chcieli cię zwabić i zanieść swojej pani.- skwitowała Silena.- Więc dlaczego Gaja chce ciebie?
Percy'ego widocznie zaintrygowała odwaga i błyskotliwość córki Afrodyty, która nie była przeciętną półboginią z tego domku, która tylko rozmawiała o fryzurze, ciuchach i doboru odpowiednich kolorów ubrań na jutro.
-Jestem jedyną istotą na świecie, która ma moc pokonania Gai. Bogowie, jak to oni, nie mogą się mieszać w walki początkowe, a one obejmują świat herosów. Obowiązują ich starożytne prawa, że nie mogą nawet wyzwać na wojnę siły wyższe choćby na małą walkę.
-Ale ty jesteś wyjątkowy.- stwierdził Nico, głownie do siebie, ale zwrócił uwagę Percy'ego.
Nie wiedzieć czemu czuł się przytłoczony jego intensywnym spojrzeniem i przede wszystkim onieśmielony. Stoi tutaj przed nim chłopak, który ma moc pokonania Gai, a on spokojnie z nim rozmawia. To może wprowadzać w lekkie zakłopotanie.
-Od zawsze.- uśmiechnął się arogancko, na co Annabeth prychnęła z irytacji. - Ale tak. Od niedawna jestem jeszcze bardziej... nietypowy dla innych.
-Jak możesz pokonać Gaję?- zapytała Clarisse.- Przecież to Ziemia. Jak można walczyć z czymś takim?
-Nie można.- odpowiedział. -Tak jak Kronos nie mógł walczyć z Uranosem- przecież to Niebo. Ale z pomocą swoich braci schwytał jego pomniejszą i cielesną formę niwecząc ją w proch. Teraz Uranos jest tylko niebem.
-Czyli chcesz poczekać aż Gaja w jakimś momencie przybierze cielesną formę i ją posiekasz sierpem?-zapytał sarkastycznie Nico wątpiąc w ten pan.
-Coś w tym stylu.- potwierdził.- Ale Gaja przybierze kształt dopiero wtedy, gdy się obudzi.
-Zaraz zaraz. Stop!- powiedział Charie.- Jak to śpi? To ona wypowiada wojny słodko sobie śpiąc?
-Gaja jest ziemią nie tylko w przenośni.- wytłumaczyła mu Annabeth.- Gaja jako istota pierwotna jest zrodzona jeszcze przez Chaos. Nie może być obudzona, ponieważ jako ziemia ożyłaby. Cały grunt by się poruszał wzniecając burze, sztormy, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów. Natura została by unicestwiona tak jak ludzie i herosi.
-Świat skończyłby bez nas na psy.- skwitował Connor oceniając nogę brata.
-Uważaj.- ostrzegł go Percy.- Tymi psami są również Bogowie- włącznie z twoim ojcem.
Syn Hermesa zrobił zmieszaną minę i jeszcze bardziej podziwiał dziwny kształt stopy Travisa.
-To dlaczego Bogowie zwołali naradę, jeśli nic nie mogą zrobić?- zapytała Annabeth.
-Owszem uwielbiają nic nie robić, ale w tym przypadku, gdy dojdzie do ostateczności będą musieli nam pomóc.
-Nam?- zdziwiła się Clarisse.- Już gramy w jednej drużynie? Będziemy nosić identyczne koszulki i transparenty z napisem ,,Kochajmy się nawzajem''?
-Nie proponuj mi miłości, w którą nie wierzę.- zaszokowani wszyscy ucichli patrząc dziwnie na Percy'ego. Nie zawsze jednego dnia spotykasz kolesia, który niszczy wrogą armię potworów, giganta, wspomina, że jest kimś potężniejszym niż Gaja i wyjeżdża ci o nie wierzeniu w miłość.
-I tak. Nam. Bo beze mnie nie pokonacie Gai. A to będzie także wasza misja. Bogowie obradują na Olimpie, ale także jednoczą pomniejsze bóstwa, aby nie dołączyły do sił Gai.
-To co mamy robić?- zapytał Nico. Starał się nie patrzyć na wrogie spojrzenia rzucane przez przyjaciół, ale uważał, że Percy ma rację. Jeśli on jest ich jedyną nadzieją to trzeba będzie mu pomóc i działać wspólnie.
Chłopak uśmiechnął się do niego, ale było w tym coś jeszcze przez co Nico pierwszy raz w życiu się zarumienił.
-Gaja wie, że jesteście silni i będziecie chcieli walczyć z nią. Wyśle na wasz obóz wszystkich istniejących gigantów i inne potwory. Musicie trenować i przygotować się.
Gaja powstanie w dniu przesilenia letniego.
-Czyli mamy miesiąc?- jęknęła Annabeth. -To niemożliwe! Za mało czasu na przygotowania i szkolenia. Jeśli armia Gai będzie tak silna i liczna jak mówisz, to nie wytrwały nawet jednego dnia.
Przez nią przez moment przemawiała sama mądrość Ateny. Wszyscy pokiwali zgadzając się z jej słowami, ale tylko jeden Percy oraz Chejron pozostali bez głosu.
Nico przypatrywał się temu z jeszcze większym niepokojem. Annabeth miała rację. Miesiąc przygotowań to nic w porównaniu z potęgą z jaką przyjdzie im walczyć.
-Musi wystarczyć.- skwitował Percy twardym wzrokiem. Jego morze skrzyżowało się ze stalą w oczach córki Ateny. Po chwili jednak uśmiechnął się do niej.
-Wiem, że cię denerwuję, ale będziesz musiała mi zaufać.
-Zaufać?-powtórzyła nie dowierzając.- Zaufanie się zyskuje, a miesiąc to zbyt mało czasu, abym mogła cię choćby ocenić nie mówiąc o tolerowaniu czy lubieniu. Dopiero później możesz mi wyjeżdżać o zaufaniu.
Percy westchnął niemal napawając się widokiem zdenerwowanej dziewczyny.
-Jako córka Ateny genetycznie mnie nienawidzisz.
-Co?
-Twoja matka nienawidzi mojego ojca, ale to nie powód abyś ty mnie tak szybko oceniała i robiła to samo. Musimy spróbować działać wspólnie.- Zaszokowana Annabeth wyglądała przez chwilę jak ryba wyciągnięta z wody. Łapała powietrze otwierając i zamykając usta, by po chwili pokiwać powoli i wciąż bez przekonania głową.
Percy posłał jej za to najbardziej urzekający i szelmowski ze swoich uśmiechów i lekko się skłonił.
Przeniósł wzrok na Chejrona.
-Czy mogę tu pozostać i łączyć was z bogami?- centaur przypatrywał się w milczeniu chłopakowi, jakby bał się, że zaraz może porazić go prądem niczym wąż elektryczny, lecz po chwili westchnął zmęczony i wyciągnął do niego dłoń.
-Oczywiście.- gdy podali sobie dłonie naprawdę niebo przeszyła błyskawica, na którą Percy pokiwał z uśmiechem głową.
-Zeus się chyba cieszy na to przymierze. Nie będzie musiał mnie znosić na Olimpie.- Bracia Hood parsknęli śmiechem, a Clarisse i Annabeth uśmiechnęły się pod nosem.
-To będzie naprawdę długi miesiąc.- skwitował Nico, na co Percy uśmiechnął się rozbawiony.
-Najdłuższy w waszym życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz