niedziela, 21 czerwca 2015

Jestem inny...

Siedział tak tępo wpatrując się w sufit swojej kajuty, czując jak ,,Argo II'' sunie niezbyt łagodnie po falach. Dokładnie wiedział gdzie się znajdują. Znał szerokość i długość geograficzną, nawet prędkość i wydajność maszyn statku.
Mógłby nawet uspokoić wzburzone morze, ale jego myśli i duch wcale nie miały ochotę być spokojne, nie mówiąc o narzucaniu tego samego stanu morzu.
Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że czuje się jak w więzieniu. Był tutaj między przyjaciółmi, ale miał poczucie, że jest kłamcą i oszustem.
Uważali go wciąż za herosa, bohatera i złotego chłopca, którym na pewno nie był.
Już nie.
Od kiedy wrócił cało z Krainy Wiecznego Potępienia, która powinna zajmować pierwsze miejsce na liście miejsc do zwiedzania na wakacje dla półbogów, czuł się obco w swoim ciele. Oczywiście, gdy przeszedł cały Tartar z Annabeth u boku po woli umierał przez trujące opary, brak wody, jedzenia i do tego, co chwila atakowany przez potwory, ale chodziło o coś innego.
Zdawał sobie sprawę z swojej potęgi. Gdy walczył z wrogiem, kiedy tworzył swoje osobiste huragany, wzniecał sztormy i panował nad hektolitrami burzącej się morskiej wody, czuł się potężny. Ale gdy zapanował nad tą trucizną, którą skierował przeciwko Achlys coś się w nim zmieniło.
Jego postrzeganie co do swoich ograniczeń przestało istnieć. To tak jakby motyl całe życie tkwił w kokonie i w pewnym momencie odkrył, że może go opuścić i żyć całkiem inaczej niż dotychczas.
Woda morska przestała go więzić, ale jednak jedno mu zabierało wolność. 
Strach.
Gdy zobaczył przerażenie w oczach Annabeth, gdy zapanował nad czymś z pozoru niedostępnym dla syna pana mórz, jego dziewczyna, prawdziwie się go lękała.
-Hej.- do jego kajuty zajrzała nieśmiało Piper. 
Niemal podskoczył zdając sobie sprawę z tego, że tak bardzo się zamyśli, że nie usłyszał głośnego pukania o metalowe drzwi kajuty.
Percy zdziwił się widokiem właśnie jej. Spodziewał się bardziej Annabeth, która od kilu dni sypiała u niego, bojąc się zasnąć samej w nocy, lub nawet Hazel i Franka.
 Ale Piper...? 
Nie.
-Mogę wejść?- starała się przez większość czasu nie używać czaromowy, ale gdy się denerwowała to niekiedy jej się to nie udawało. Nawet nieświadomie sprawiała innym wiele dezorientacji i przyszłych migren, gdy niechcący magicznie poprosi o podanie soli. Człowiek wtedy nie jest całkiem świadomy tego,co robi, a świadomość, że będzie się to zdarzało często i przez twoją przyjaciółkę, dostatecznie cię już denerwowało.
Percy jeszcze jej się nie przyznał, że na nim jakoś jej magiczny głos przestał działać, ale nie było ku temu okazji. 
Miał wrażenie, że jej głos mami innych tylko dlatego, że przypomina śpiew syren, które swoim zwodniczym i pięknym głosem mamiły żeglarzy na pewną zgubę. Percy przez to, że jednak jeszcze jest synem Pana Morza, umiał się temu przeciwstawiać.
-Jasne.- próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu zapewne grymas, na który dziewczyna od razu się zatrzymała na środku pokoju.
-Czemu się do mnie wykrzywiasz?
-A...już nic.- usiadł robiąc miejsce na jego sponiewieranym łóżku. Próbował trochę przygładzić narzutę i poklepał wolne miejsce koło siebie.- Siadaj.
Na pierwszy rzut oka Piper wyglądała na bardzo niepozorną i ładną dziewczynę, ale gdy się czymś martwiła zdawała się poważniejsza, bardziej dostojna. Jej wzrok stawał się zamyślony i skupiony na jakiejś odległej rzeczy przez co jej brwi się ściągały, a wyraziste rysy twarzy stawały się bardziej widoczne. To wszystko przypominało mu o spotkaniu Afrodyty w jej limuzynie. Nie starała się aby dbać o pozory urzekającej, po prostu taka była. Olśniewająca i zachwycająca w swej osobie.
Percy nie mógłby chodzić z taką dziewczyną. Już inteligencja Annabeth zawsze go bardzo krępuję. Za każdy razem boi się coś powiedzieć, a później jeszcze zamartwia się czy nie zrobił jakiejś głupoty, po której zapewne słuchając zdrowego rozsądku by go zostawiła.
Piper przez chwilę bawiła się niebieskim piórkiem harpii, które zdobyła ostatniej nocy. Po czym wciąż niepewnym głosem zaczęła mówić:
-Jason coraz gorzej się czuję.- Percy wstrzymał się od rzucenia ,,wiedziałem'', co było by niegrzeczne w tej sytuacji. Wiadomą rzeczą jest przecież to, że w chwili zagrożenia ukochanej osoby ma się złe myśli i wciąż szuka się sposobu aby ją ocalić.- Nie chcę mnie martwić, ale ja widzę jak cierpi. Czuję to. A... nawet bogini nie mogła go uleczyć. Ja się naprawdę boję.
Spojrzała na niego i Percy dostrzegł w jej szklistych oczach jak ona bardzo przeżywa stan Jasona.
Zawsze gdy zmieniała mu zakrwawiony bandaż była oazą spokoju, a nawet żartowała i zachowywała się tak naturalnie, jakby rozmawiała przy herbatce. Percy podejrzewał wcześniej, że takie zachowanie jest typowe dla dzieci Afrodyty
,,O koniec świata. Usiądźmy przy herbatce i podziwiajmy ten armagedon. A po za tym, co u twojego umierającego chłopaka?'' , ale teraz...
Gdy widział Piper tak przerażoną i zrozpaczoną, że przychodziła do niego- gościa, który niemal zabił jej chłopaka w Kansas.
-Wiem Piper. Ja też się o niego martwię.-widząc jej rozpacz nie mógł starać się jej nie pocieszyć.- Ale Jason to naprawdę twardy facet. Nie da się takiej drobnej przeszkodzie. Zobaczysz.- tym razem dopracował swój pokrzepiający uśmiech, którym raczej by nie przegonił zmartwionej dziewczyny. Jednak siedział tak zamyślony głowiąc się wciąż dlaczego przyszła akurat do niego.
-Może.- potarła załzawione oczy, które lekko jej poczerwieniały.- Ale Percy... Myślałam, że może ty...
-Ja?- zapytał zdziwiony.
-Bo wiesz. Czytałam tyle starożytnych legend z moim tatą, że kilkakrotnie natrafiałam na wzmianki o błogosławieństwie morza.
-O czym?- Piper zdała się jeszcze bardziej załamana niewiedzą Percy'ego.
-Gdy statek zostanie zatopiony przez szalejące morze i jakiemuś szczęśliwcu uda się ujść z życiem, Posejdon niekiedy okazuje mu łaskę. Błogosławi go, a on jakimś cudem lub z jego pomocą znajduje pomoc. Czasem jest to statek, a nawet...- spojrzała mu prosto w oczy- uleczenie ran.
Percy już zrozumiał o co mogło jej chodzić. Nie mógł zapanować nad gniewnym zmarszczeniem brwi. Przyszła tutaj myśląc, że poprosi ojca, który ignorował go tyle czasu o pomoc dla Jasona. 
Ale przecież dobrze wiedziała, że takie przysługi najczęściej srogo kosztują. Niekiedy nawet życiem.
Starając się nad sobą zapanować. Percy przeniósł na chwilę wzrok na okno kajuty, które było co chwile atakowane przez silne uderzenia fal zmieniających wodę w gęstą pianę.
Przez kilka minut starając się uspokoić i patrząc na wodę jego zirytowanie niemal go opuściło.
-Piper.- zaczął zmęczonym głosem. Spojrzał na wyczekującą na jego reakcję dziewczynę. Zaciskała kurczowo dłonie na piórku, które nie było już takim ładnym trofeum jak na początku rozmowy.
-Mój ojciec nie odzywał się do mnie od roku. Widziałem go ostatni raz tylko na kilka minut, po czym nie dawał znaku życia.- próbował panować na gniewem w głosie, ale coraz bardziej miał ochotę to wykrzyczeć.
-On mi nie pomoże Piper. Nie obchodził go mój los, gdy miałem amnezję i zwędrowałem na Alaskę, mógł równie dobrze się tym nie przejmować, ale prawie zginąłem. Nie pomógł mi nawet, gdy byłem w Tartarze. Nic z tego Piper. On ma ważniejsze sprawy niż ja i moje zmartwienia.
Dziewczyna spuściła wzrok i siedziała przez moment z zawieszoną głową.
-A może...Gdybyś poprosił. To może...
-Piper.- wstał zbyt gwałtownie niż zamierzał. Dziewczyna podniosła na niego zaszokowany wzrok dziwiąc się jego reakcji. Próbując złapać drżący oddech ściskał mocno pięści, aby przemówić w miarę łagodnym głosem.
-Kiedy spotkałaś matkę, ona ci pomogła w twojej pierwszej wyprawie, a nawet ostatnio. Atena pomagała Annabeth przy pokonaniu przeszkód podążając za Znakiem Ateny. Nawet Jupiter wspierał Jasona na Mount Diablo. A mnie? Posejdon mnie opuścił lub zapomniał, a ja nie mam zamiaru się upominać na siłę. Ma lepszych synów, którzy składają mu śmiertelne ofiary, którzy łupią i zabijają na morzu śródziemnym. Ja go nie obchodzę.
-Czyli co...- zapytała unosząc się gniewnie z miejsca.- Przez swoją dumę dasz umrzeć Jasonowi?
-To nie...
-No co? To nie tak! Odmówiłeś mi, bo ojciec cię nie obchodzi! Ale masz szansę uratować Jasona, a nawet nie chcesz spróbować. Ty...- prychnęła miażdżąc Percy'ego wzrokiem i wyszła. 
Na chwilę jeszcze włożyła głowę między zamykające się drzwi.
-Naprawdę cudownie, że chociaż ty wróciłeś cało, prawda? Nikt inny się nie liczy!
Gdy zamknęły się drzwi oddzielające Piper od niego, Percy opadł bezwładnie na łóżko, nagle bardzo zmęczony.
Czuł się jeszcze gorzej niż po wypiciu gorgoniej krwi. Poczucie winy paliło go od środka niczym kwas, a poczucie irytacji jeszcze bardziej się nasiliło.
Wybiegł w nagłym impulsie z kajuty trzaskając za sobą drzwiami, które powtórzyło się echem roznoszącym się dalej w korytarzu.
Percy nie wiedział co robi, ale jego nogi same zaprowadziły go na pokład statku.
Zaczynało się już ściemniać. Pomarańczowe słońce przesłonięte przez parę ciemnych chmur powoli zniżało się, aby niedługo zniknąć przy horyzoncie morza.
Fale się uspokajały, a morze zdawało się zapadać w głęboki sen, uspokajając się w zbliżającej się ciszy nocnej.
Leo stał przy sterach zapatrzony przed siebie przemawiając co chwile do Festusa, który zdawał raporty o sanie statku.
Nie widział nikogo na warcie, więc szybko uciekł do cienia na rufie. Stojąc pod wznoszącym się nad nim masztem skupił się na szumie morza wdychając morską bryzę.
Niech Bogowie go bronią od kolejnego wylądowania w Tartarze, gdzie był oddzielony od królestwa swego ojca.
Nagle znów poczuł nieopisany gniew. 
Dlaczego królestwo jego ojca?! On też jest jego synem. On też panuję nad morzem. Zapanował nawet nad trucizną, która nie jest wcale częścią mocy Posejdona.
Nawet on by tego nie mógł. Percy'ego jako herosa nie obowiązywały starożytne zasady. Mógł panować nad czymś czego nawet wielki władca mórz by nie mógł.
Olśniony swym odkryciem zawędrował biegiem pod kajutę Jasona.
Drzwi były zamknięte, a z środka nie dochodziły żadne głosy. Widocznie Piper musiała ochłonąć po rozmowie z Percy'm aby później pokazać się Jasonowi, jako Panna Opanowana.
Westchnął zbierając myśli i karcąc się za swoje głupie pomysły pchnął drzwi do środka.
W pomieszczeniu tak jak u innych było łóżko stojące pod ścianą, a koło niego mała szafka na książki, która uzupełniała się sama od gustu czytelnika. Na podłodze leżał biały puszysty dywan przypominający futro niedźwiedzia polarnego. Pod ścianą stała także szafa na ubrania i półki na broń.
Jason siedział zgarbiony na łóżku zapatrzony w złotą monetę leżącą u niego na otwartej dłoni. Zdawał się, że nie zauważył jeszcze Percy'ego. Myślami był daleko stąd, a jego twarz była widocznie zmartwiona. 
Z jego rany co jakiś czas buchał obłoczek dymu, który pachniał niczym przysmażana skóra ryby na oleju. 
-Cześć.- powiedział zagłuszając ciszę, na co Jason lekko podskoczył w miejscu. Był zdziwiony tak jak wcześniej Percy, widocznie także spodziewał się kogoś innego.
-Co tu robisz?- zapytał od razu. Percy często się zastanawiał czy też tak brzmiał. Ton głosu Jasona zdradzał o jego przejściach jako dowódcy. W jego postawie zawsze było coś interesującego, co skłaniało do słuchania jego poleceń i rad. 
-Była u mnie Piper...- zaczął niepewnie przestępować z nogi na nagę myśląc o rychłej ucieczce i skoczeniu do morza za swoją głupotę. Ale jako wieczny masochista i prawdziwy idiota stał tam wciąż patrząc na coraz to bardziej zdziwionego Jasona.
-Wyznała mi, że się o ciebie zamartwia stary i...
-I...
-I poprosiła mnie o pewną przysługę.- Percy opowiedział o swojej rozmowie. Gdy opowiadał Jason uważnie słuchał w milczeniu, ale jego myśli widocznie już śmigały z prędkością jego błyskawic.
-Naprawdę cię o to poprosiła?- zapytał na koniec.
-Tak.- odparł ostrożnie. Może Jason także miałby teraz znienawidzić Percy'ego za jego postawę i upór do gniew na ojca. Jednak Jason uśmiechnął się smętnie.
-Doceniam, że Piper się stara znaleźć jakiś lek, ale... Nie powinna cię o to prosić.
-Naprawdę?- zapytał zdziwiony. Czekał na krzyki, zrywające się gniewne wiatry, a nawet na ponowne usmażenie błyskawicą, ale Jason poklepał Percy'ego po plecach, niemal po bratersku.
-Jasne.-odparł z uśmiechem. -Ja także nie rozmawiam z ojcem. Jako król Bogów musi jak to on uważa, wiecznie dawać przykład. Przez co jeszcze bardziej mnie unika i nie faworyzuje. Rozumiem co czujesz i sam nigdy bym cię o to nie poprosił.
Percy słuchał w zaszokowaniu i milczeniu. Przez całą podróż od zbombardowania Obozu Jupitera aż do powrotu z Tartaru, Percy i Jason, wciąż ze sobą rywalizowali. Walczyli o przywództwo i wykazanie się w ratowaniu swoich przyjaciół. A teraz po prostu siedzieli u niego w pokoju i gadali w całkowitym zrozumieniu i przyjaźni.
-Dzięki.- wymamrotał wciąż oszołomiony. Jednak po chwili się zreflektował i wyszczerzył się do chłopaka.- Ale nie przyszedłem tu na babskie plotki i piżama party.
-A już myślałem, że zapleciemy warkocze, nałożymy maseczki i teraz pogadamy o dziewczynach.
-Ha ha. Bardzo śmieszne Grace.- dał mu lekkiego kuksańca w ramię, uważając na jego ranę.
-Ale tak na prawdę to mój ojciec nam nie jest potrzebny.-Jason uniósł pytająco jasną brew.
-Nie przyszedłem tu aby mówić o tym, że nie umiem ci pomóc.
-A umiesz?- zastanowił się dogłębniej nad tym pytaniem. Czy umiał?!
Oczywiście, że nie był pewien, ale mógł spróbować. Nie miał zamiaru czekać na łaskę swojego ojca aby ten chociaż wysłał mu zdjęcie z Olimpu. Musiał sam działać i liczyć na własne umiejętności i moce.
Westchnął zamykając oczy na jedną ważną chwilę podejmowania swojej decyzji.
-Tak.

Jason nie pytał i nie dziwił się dlaczego miał się położyć na dywanie i zdjąć bandaż, który i tak niedługo musiałaby zmienić mu Piper. 
Rana wyglądała paskudnie. Ciało Jason było niemal przebite na wylot, a z ziejącej dziury pośrodku piersi wypływała ciemna krew, którą cesarskie złoto zabarwiło na podobny kolor. 
Percy wielokrotnie widywał takie rany u bogów, ale w ciele półboga było to bardzo niepokojące. Już sam dym, który wydostawał się ze środka niemal dusił Percy'ego i podrażniał oczy. 
Przez łzy usiadł koło Jasona, który przypatrywał mu się w milczeniu.
-Mam nadzieję, że wiesz co robisz.- zapytał słabo zamykając oczy.
-Ja też.- mruknął. 
Skupił się próbując przywołać stan w jakim się znalazł w Tartarze. Wyobraził sobie, że nie ograniczają go więzy jakimi jest skrępowany Posejdon. On nie jest bogiem, jest Herosem. 
Poczuł jak jakiś supeł w jego żołądku tak jak wcześniej rozplata się, ale pozostawia po sobie kłujący ból jakby zadany ostrymi odłamkami szkła.
Poczuł jak przepływająca w nim moc się kumuluje chcąc jak najszybciej się wyrwać.
On też chciałby być wolny! 
I wtedy skierował swoje nagrzane od energii dłonie na ranę Jasona. Przez chwilę czuł jakby włożył swoje ciało do ognia, a nadmierna temperatura miała go rozsadzić od środka, ale wtedy zielony promień jego mocy wystrzelił w ranę.
Jason jęknął, ale nie krzyczał. Percy tracił orientację co robi. Przed oczami mu się zamazywało. Czuł tylko i wyłącznie opuszczające go siły.
Zmuszając się do jeszcze większego wysiłku jakim było zachowanie przytomności zobaczył, że to działa.
Rana przestała dymić i powoli zmniejszała swoją powierzchnię, by po sekundzie zniknąć bez śladu.
Jednak energia wciąż go opuszczała, a jego ciało niemal całe wiło się z bólu. Nakazując sobie spokój skupił się jeszcze bardziej na pohamowaniu się.
Pomyślał o przerażonym szarym spojrzeniu Annabeth. Błagający jej ton, aby pamiętał, że nie nad wszystkim można zapanować.
Upadł na podłogę przesłonięty tą wizją.

Obudził się wciąż leżąc twarzą na dywanie, który zostawił mu bolący ślad na policzku. Obok niego siedział Jason, który chyba także odzyskał przytomność. Patrzył w zaszokowaniu na swoją pierś, gdzie nie ziała niczym wypalona kwasem dziura.
Spojrzał ze zdziwieniem na Percy'ego, by po chwili rzucić mu się do szyi i poczochrać mu włosy.
-Stary! To było niesamowite! Udało ci się! Nie wierzę!- wylewała się z niego cała radość, a Percy w tym czasie tkwił w jego dziwnym uścisku. Wyplątał się z niego i posłał mu krzywy uśmieszek.
-Jak mogłeś we mnie nie wierzyć. Zawsze mi się udaje.
Przez chwilę jeszcze Jason mu dziękował, po czym Percy wymknął się z jego kajuty jakby był jego kochankiem po skończonej romantycznej nocy.
Gdy trafił wreszcie do swojego pokoju rzucił się na łóżku w celu zapadnięcia się w niebyt, ale bez powodzenia.
Czuł się jakby błąkał się przez tydzień na pustyni. Był wyczerpany, zmęczony i dziwnie smutny. 
Nie wiedział dlaczego Piper dzisiaj nie przyszła do Jasona. Możliwe, że tak ją rozeźlił, że nie umiała się dostatecznie opanować. Już widział jej zmasakrowany pokój przez działanie jej obu broni.
Ale jeszcze dziwniejsze było to, że nie było u niego Annabeth. Może znów zasiedziała się u siebie czytając, albo to ona była uspokajaczem dla Piper.
Chcąc przestać się zamartwiać i uspokoić poszedł do miejsca, do którego od dawna miał ochotę dojść.
Gdy wyszedł na pokład słońce powoli wstawało. Dziwnie się czuł widząc ten widok. Jeszcze chyba tak niedawno widział odwrotną sytuacje, a teraz zaczynał się kolejny męczący dzień.
Westchnął ciężko i wychylił się za burtę. Spojrzał tylko czy nikt go nie widzi i skoczył do wody z błogim uśmieszkiem na twarzy.


***&***

Piper siedziała u siebie w kajucie przez maximum pięć minut po czym wyszła z niej nawet nie zamykając drzwi. Zbyt dużo energii się w niej kłębiło, którą miała ochotę wyładować na pewnym półbogu o glonach zamiast mózgu. Musiała także się bardzo postarać aby nie wykrzyczeć tego wszystkiego Jasonowi i się nie wyżalić, ale to o niego była cała ta awantura. Jednakże jakby uparty i egoistyczny ,,Wodorost'' chciał choćby spróbować pomóc jej i Jasonowi nie byłaby tak rozgniewana. 
Nawet nie wiedziała dokąd zamierzała iść, gdy nie weszła do kajuty Annabeth.
Blondynka siedziała na koi, czytając w skupieniu książkę, która była dziwnym trafem po grecku.
Gdy odchrząknęła, Annabeth przeniosła na nią zdziwiony wzrok swoich szarych oczu.
-Piper? Jest...- spojrzała na zegarek. -Trzecia w nocy. Wszystko dobrze?
Piper nie miała pojęcia, że jest tak późno. Nie miała nawet poczucia czasu, gdy się tak zdenerwowała, przez co nawet nie musiała próbować zasnąć. I tak nic z tego by nie wyszło. Jednakże myślała, że przebywała w swoim pokoju góra pięć minut, a tu dowiaduje się, że jednak dłużej wydeptywała ścieżkę na dywanie w swojej kajucie.
Spojrzała na Annabeth nawet nie hamując już swoich lecących jej po policzkach łez.
Podeszła i usiadła koło niej.
Wyżalenie się dziewczynie chłopaka, który był sprawcą jej stanu pomógł Piper lepiej niż najlepsza tabletka uspokajająca. 
Annabeth pocieszała co chwila Piper i przytulała ją, gdy ta mocniej szlochała lub gdy miała już wychodzić aby zdzielić Percy'ego. Może robiła to dla niej, albo po prostu ratowała swojego chłopaka przed rychłą śmiercią.
Gdy skończyła już z krzykami, łzami i groźbami pod adresem Percy'ego po prostu siedziała przytulona do Annabeth patrząc na obrazek jej i Percy'ego.
Śmiali się i sobie dokuczali. Percy zabrał jej bejsbolówkę, którą zamierzał wyrzucić do wody, a ona trzymała w dłoni jego długopis. 
Piper uznała z góry porażkę Annabeth. Słyszała ponoć, że długopis Percy'ego zawsze po wyrzuceniu trafia znów do jego kieszeni. Jeśli jej bejsbolówka nie umiała powracać w locie jak bumerang, to niestety Percy miał przewagę.
Nawet nie zauważyła jak zamknęły jej się oczy, a otworzyły dopiero, gdy wredne promienie słońca padły jej na twarz.
Wstała z jękiem zahaczając o jeszcze śpiącą Annabeth, której ramie przytulało ją do siebie. Mogło być to nawet zabawne, ale Piper była zbyt zła na siebie.
Przespała całą noc w kajucie Annabeth, choć miała dzisiaj od czwartej wartę. Do tego nie odwiedziła Jasona i nie sprawdziła czy Leo nie zaklinował się o jakiś tłok w maszynowni. Czuła się jeszcze gorzej niż po rozmowie z Percy'm.
Wstała zbyt gwałtownie budząc Annabeth. Tak samo zdziwiona jak wcześniej Piper przetarła zaspane oczy i wstała niepewnie z koi.
Zaklęła patrząc na tarczę zegarka, który pokazywał siódmą rano.
-Nie objęłam...Zaraz.- spojrzała na Piper. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.- Ty też nie objęłaś warty. A ja... Och  Bogowie!
Szybko się szykując i próbując się na prędko ogarnąć po dziwnej nocy pobiegły do mesy, gdzie powinno już być śniadanie.
Wpadły do środka nie łapiąc nawet oddechu. Dopiero gdy zobaczyły, że jedzenie zawisło w powietrzu przy ustach ich przyjaciół uspokoiły się.
Hazel jadła swoje owsiane płatki siedząc koło Franka, który studiował mapę Grecji. Leo jadł ostatnio tylko serowe chrupki, od których prawdopodobnie się uzależnił, więc wszystko było w porządku.
-Yyy...- zaczęła Hazel połykając łyżkę owsianki.- Coś was goniło?
-Nie. Tylko...- odezwała się Piper i już miała powiedzieć, że zasnęły na swojej warcie, gdy do mesy wszedł sprężystym krokiem Jason.
Był zdrowy! Tylko to przeszło przez głowę Piper, gdy zaniemówiła na jego widok.
Już nie miał bandaża i wyglądał o niebo lepiej. Jego skóra nie była już tak niezdrowo blada jak dzień temu. 
Uśmiechał się promiennie, a jego niebieskie oczy jaśniały jak czyste niebo.
Spojrzał uradowany na Piper, a ona tylko na to czekając rzuciła się mu w ramiona.
-Jason! O Bogowie! Co się stało?! Jak...
-To dzięki Percy'emu.- Piper momentalnie znieruchomiała w jego ramionach.
-C-co?- wyjąkała.
-Nie wiem jak to zrobił, ale mnie wyleczył. Użył swojej mocy i gdy się ocknąłem rana zniknęła.
Wszyscy milczeli zaszokowani, a Piper była na ich czele. 
-Jak to możliwe? Przecież on panuje nad wodą. Nie jest uzdrowicielem od Apollina.- powiedział Leo, jakby się zastanawiał dlaczego samochód działa bez paliwa.
-Może jest potomkiem Apollina.- zasugerował Frank.- Przecież się tak zdarza. W Obozie Jupitera jest wiele takich przypadków.
Hazel pokręciła głową.
-Ale nie w przypadku dzieci Wielkiej Trójki. A poza tym. Percy jest grekiem, więc to odpada.
-No to jak uzdrowił Jasona?- zapytał Leo, który wyciągnął jakieś sprężynki i śruby ze swojego pasa na narzędzia i zaczął znów coś konstruować. Piper zauważyła, że gdy się denerwował musiał czymś zająć ręce.
-Może poprosił o wsparcie swojego ojca. Prosiłam go o to wczoraj, ale przecież mi odmówił.
-Nie.- zaprzeczył twardo Jason.- Nie prosił go o to. On sam tego dokonał.
-No dobra.- zaczął Leo rozglądając się po mesie.- A gdzie jest w ogóle nasz Aquaman?
Wszyscy spojrzeli po sobie i jak jedna drużyna do bejsbolu ruszyła w stronę celu jakim była kajuta Percy'ego.

Annabeth zapukała, ale gdy nie było odpowiedzi weszli do środka. W pokoju nie było Percy'ego. Zaniepokojeni zaczęli się dzielić na grupy aby przeszukać statek.
Piper poszła z Jasonem, Annabeth z Leo, a Frank z Hazel.
-Kiedy od ciebie wyszedł?- zapytała, gdy przeszukiwali puste stajnie. 
-Nie wiem dokładnie. Ale chyba tak gdzieś koło piątej.- zamyślił się. -Wyglądał bardzo słabo, gdy się ocknął. Powinienem sprawdzić jak się czuję, zamiast się zajmować sobą.- Piper podeszła do niego ujmując go za oba policzki, aby spojrzał na nią.
-To nie twoja wina. Może Percy jest cały i zdrowy. Może musiał odreagować.-westchnęła smętnie.- A jeśli ktoś może mieć tu poczucie winy, to tylko ja. To ja na niego krzyczałam i zmuszałam, go do czegoś czego nie chciał.- gdy spuściła głowę, Jason niespodziewanie ją pocałował.
-Tak jak powiedziałaś Pipes, nikt nie jest winny.- uśmiechnął się szelmowsko.- Chodźmy zobaczyć jak sobie poradzili pozostali.

Gdy spotkali się już wszyscy na górnym pokładzie każdy miał zawiedzioną minę. Piper nie musiał pytać o wynik poszukiwań, ale i tak to zrobiła.
-I jak?- zapytała z nutą nadziei w głosie. 
-Nie ma go na statku.-odpowiedziała Hazel.
-Sprawdziliśmy każdy poziom i wszystkie pomieszczenia, ale go nie znaleźliśmy.- dodał Frank.
-To gdzie on...- nie dokończyła, bo zza burty uniosła się na trzy metry wysoka fala, na której balansował uśmiechnięty od ucha do ucha...
-Percy!- ryknęła z euforią Annabeth. Chłopak dostrzegł ją na pokładzie, a jego uśmiech zrobił się bardziej łobuzerski. Fala zniżyła się do wysokości burty i Percy zeskoczył na pokład. Woda sama spokojnie opadła łącząc się z morzem.
-Cześć.- rzucił tylko do załogi i podszedł do Annabeth. Pochwycił ją z niewiarygodną szybkością w ramiona pochylił do tyłu i pocałował, jak jakiś bohater z romansu. 
Leo gwizdną z podziwu i wyszczerzył się z niezłego przedstawienia.
Gdy Percy skończył witać się z Annabeth, ona mrugała niemrawo oczami, jakby się zastanawiała jak się oddycha.
Po chwili się zreflektowała i wymierzyła mu siarczystego liścia w policzek. 
Głośny plask dłoni o skórę był od razu zagłuszony przez zaskoczonego chłopaka.
-A to za co?!- złapał się za już czerwony policzek.
-Gdzieś ty był! Zamartwialiśmy cię o ciebie! Szukaliśmy cię od godziny, a ty sobie moczyłeś tyłek w morzu!- Percy uśmiechnął się rozbawiony, ale z lekką czułością na widok wybuchu Annabeth.
-Stary. Gdzie ty zniknąłeś?!- uratował go Jason.
-Musiałem odreagować. No i trochę się zregenerować po nocy.
-Czyli po leczeniu Jasona. Ale jak to zrobiłeś?- spytała Piper. Chłopak przeniósł na nią lekko zirytowany wzrok. Zapewne wciąż pamiętał wczorajszą nieprzyjemną rozmowę.
-Woda ma wiele zastosowań. Przecież często się mówi woda życia i tak dalej. Ostatnio odkryłem, że nie muszę się ograniczać do panowania nad nią, ale do naginania jej do swojej woli.- wzruszył obojętnie ramionami, jakby mówił o czymś nieistotnym, jak skończenie się papieru toaletowego w łazience.
-Ale...- zaczęła Annabeth.- Ale tak nie umiałeś. Skąd...
-Jestem inny.- wszedł jej w słowo.- Od kiedy wróciliśmy z Tartaru zmieniłem się. Zrozumiałem, że nie ograniczają mnie żadne prawa mojego ojca. Nie jestem nim i dobrze.- uśmiechnął się zwycięsko do Jasona.

Piper przez całą naradę w mesie wciąż myślała nad słowami Percy'ego.
,,Jestem inny.'', ,,Od kiedy wróciliśmy z Tartaru zmieniłem się''.
Piper lękała się, że zmiana Percy'ego może być niebezpieczna. Jak to stwierdził, nie obowiązywały go starożytne prawa Bogów, ale może to błąd.
Potęga może być niebezpieczna nawet dla półboga, który wykorzystuje ją w słusznych celach, tak jak ratowanie przyjaciela.
Jednak nie tylko ona miała takie obawy. Annabeth przez całe śniadanie przypatrywała się niepewnie Percy'emu z lękiem w oczach.
Znaczy to, że Piper mogła mieć rację.
Percy mógłby się zmienić.
Być inny.
Ale także mógłby być groźny...dla nich.

Przerobiona wersja rozdziału z ,,Krew Olimpu''. Zamiast samodzielnego wyleczenia się Jasona opisałam swoja historię o Percy'm.
Może się wam podobało.
Może nie.
To mój świat, ale mogą być wasze komentarze... Czekam

2 komentarze:

Shoutbox